Następnego
ranka budzę się, czując się skacowana. Nie żebym wiedziała, jakie to uczucie, skoro nie piję. Ani
nie palę, ani nie biorę narkotyków. Jestem dobrą, małą dziewicą, okej.
Chciałabym
wziąć prysznic na pobudkę, ale Zane jest w domu, więc nie ma mowy, że pójdę do
jego pokoju.
Pozostaję
przy ochlapaniu twarzy zimną wodą. Poruszam się jak zombie, jak ubieram się w
niebieski strój roboczy i związuję długie włosy w koka. W drodze do wyjścia,
wyciągam z lodówki sportowy napój, mając nadzieję, że da mi tak potrzebną
energię.
Wciąż jest
ciemno na zewnątrz, co sprawia, że czuję się lekko przygnębiona, że nie leżę
wygodnie w łóżku. Ziewając, wsiadam do samochodu i zaczynam piętnastominutową
jazdę do pracy.
Sunset Park
jest okazałym dwupiętrowym białym budynkiem, otoczonym drzewami i kolorowymi
kwiatami. Jak daleko idą obiekty, zawsze mogło być gorzej. Przynajmniej starają
się, żeby było to radosne i klasyczne środowisko.
Parkuję na
tyłach, w części dla pracowników. Cieszę się, przechodząc znowu przez te
szklane drzwi – mam tylko nadzieję, że niewiele zmieniło się odkąd byłam tutaj
ostatni raz.
Wpadam na
Liz, kiedy odbijam kartę zegarową. Wita mnie uściskiem i od razu zaczyna mi o
wszystkim opowiadać. Oboje Freemansowie umarli w przeciągu tygodnia. To smutne,
ale nie zaskakujące – i cieszę się, że odeszli w tym samym czasie. Dowiaduję
się, że Ginnie miała udar mózgu, czym jestem zszokowana. Ginnie była w lepszej
kondycji ode mnie – codziennie chodziła pływać.
- Mamy na
dole dwójkę nowych ludzi, ale są całkiem samowystarczalni – mówi Liz. – O, i
Helize pytała wczoraj, kiedy jej „kwiatuszek” wraca.
- Aww –
mówię. – Jak się ma?
- Tak samo –
odpowiada, wsadzając ciemne włosy z powrotem do kucyka. – Ale Irma miesiąc temu
złamała prawe biodro, więc teraz trzeba jej ciągle pomagać.
- Biedna
Irma.
Kierujemy
się do biura na spotkanie. Wszyscy witają mnie z powrotem uściskami i pytaniami
o moje wakacje na Hawajach. Ale czy naprawdę były to wakacje, jeżeli cały czas
pracuje się w cukierni? Według innych, jeśli tylko jesteś na Hawajach, to
jesteś na wakacjach.
Przeglądam
dziennik komunikacyjny dla aktualizacji moich mieszkańców, podczas gdy odbywamy
nasze spotkanie. Gdy się kończy, biorę swoją krótkofalówkę oraz pager i idę do
magazynu po pudełko chusteczek higienicznych. Helize zawsze potrzebuje
chusteczek i jest pierwsza na mojej liście.
Już nie śpi,
leżąc w swoim łóżku.
- Pobudka,
kobieto – oznajmiam, zapalając światło.
Jej czyste
niebieskie oczy mrugają na mnie. – Czy słyszę mojego kwiatuszka?
- Twojego
jedynego. – Wyłączam jej koncentrator tlenu w drodze do jej łóżka. – Dzień
dobry, piękna.
Helize marszczy
na mnie brwi, powodując, że delikatna skóra marszczy się wokół jej ust i oczu.
– Leżałam sobie tutaj, starając się myśleć o twoim imieniu. Lily, prawda?
- Blisko.
Lily to imię mojej matki. Ja jestem Violet.
- Ach, no
tak.
Pomagam jej
odsunąć kołdrę i zaczynam długi proces pomagania jej we wstaniu. Potem
pracujemy nad rozplątaniem nosowej rurki z jej siwych włosów. W międzyczasie
opowiadam jej wszystko o moich wakacjach na Hawajach i niespodziewanych
zaręczynach matki.
- A ty co
robiłaś? – pytam, przysuwając jej wózek inwalidzki.
- Och, to
samo. Tutaj niewiele się zmienia. – Wzdycha z wyczerpaniem i sięga po
pogniecioną chusteczkę wepchniętą do rękawa koszuli nocnej.
- Żadnych
dzikich imprez? Tańczenia na stole?
Helize
chichocze. – Och, moje dni tańczenia na stole już dawno minęły. Czy mówiłam ci
kiedyś o tym czasie w Nogales, kiedy federalni myśleli, że jestem prostytutką?
To
uwielbiałam w Helize. Można jej powiedzieć cokolwiek, a ona wyjdzie z czymś
jeszcze bardziej dzikim.
Podnoszę ją
do wózka inwalidzkiego i zaczynam pchać ją do łazienki. Mijając jej małą
lodówkę, szukam w kieszeni magnezu i przyklejam go tam.
-
Przywiozłam ci pamiątkę z Hawajów – mówię, zatrzymując się, żeby mogła
zobaczyć.
- O,
kochanie! – Helize zerka na magnez, po czym lekko marszczy brwi. – Violet! Czy
to pochwa?
- Co?! Nie –
to wieloryb fałdowiec z otwartą buzią! Proszę, załóż okulary.
Podaję je
jej, a ona je zakłada. – O, teraz widzę! – woła. – To jak jeden z tych obrazów,
na które musisz patrzeć w zabawny sposób, aż zobaczy się obrazek.
- Nie, tak
naprawdę to nic w tym stylu – mówią, wioząc ją do łazienki.
Po
posadzeniu jej tam, idę uporządkować jej pokój. Ścielę łóżko, tak jak lubi i
wyrzucam wszystkie zgniecione chusteczki, jakie tam powpychała. Obrzydlistwo.
To dziwne
jak łatwo wróciłam do rutyny mojej starej pracy. Zaprowadziłam wszystkich moich
mieszkańców na śniadanie i zanim się zorientowałam był lunch, a potem czas na
zmianę. Zostaję kilka dodatkowych minut, żeby nadrobić zaległości z
dziewczynami z popołudniowej zmiany, po czym odbijam kartę zegarową i wracam do
domu.
Poszło
dobrze! Nawet nie jestem zmęczona. Nie mogę się doczekać na przyjemną, długą
kąpiel, a potem coś zjem. Może całe ciasto. Jestem taka głodna! Te całe
bieganie wokoło.
Jak
zazwyczaj sprawdzam garaż, żeby zobaczyć czy Zane jest w domu, ale nie ma jego
samochodu. Jeśli to rozczarowanie czuję, robię co w mojej mocy, że je
zignorować.
Gdy tylko
wchodzę do domu, biorę trochę ubrań, słuchawki oraz kilka świec i idę prosto do
łazienki.
Naprawdę
potrzebuję teraz relaksującej kąpieli. Szybko ściągam obrzydliwe ubranie
robocze i odkręcam wannę. Kiedy leci woda, zapalam świecie i gaszę światło.
Dźwięk lecącej wody i migoczące światło sprawia, że czuję spokój i duchowość,
tak jakbym miała mieć sztylet i ołtarz czy coś.
Udając, że
jestem dziewiczą ofiarą topiącą się w wodach czystości, delikatnie wchodzę do
wanny.
Aaach.
Całe moje
ciało wzdycha ze szczęścia, gdy opadam w gorącą wodę. Strumienie są włączone,
waniliowe świece rozwiewają w powietrzu waniliowość… raj. Wkładam słuchawki i
włączam na telefonie trochę piosenek Aidena Crossa.
Chyba na
chwilę się zdrzemnęłam. Następną rzecz jaką wiem to to, że mrugam oczami i
rozciągam się leniwie w już chłodnej wodzie, całkowicie zrelaksowana.
To było
wspaniałe! Wychodzę z wanny i gwałtownie burczy mi w brzuchu. Racja, czas na
jedzenie. Wycieram się i wkładam długą, białą letnią sukienkę, po czym sprzątam
za sobą. Nie chciałabym, żeby Zane pomyślał, że jestem dużym flejtuchem.
Zbieram swoje rzeczy, otwieram drzwi i…
Aaaaaaugh!
Pierwszą
rzecz, jaką widzę, to goła laska czołgająca się po łóżku Zane’a.
Tym razem to
nie Natassia, to jakaś blondwłosa dziewczyna, według moich zszokowanych oczu.
Stoję jak
wryta w miejscu. Naga blondynka zauważa mnie i krzyczy, łapiąc za kołdrę, żeby
się okryć. Zane leży na łóżku, w pełni ubrany, ręce trzymając pod głową w
niedbałej pozycji.
- Hej –
mówi, odwracając głowę, żeby na mnie spojrzeć. – Nie wiedziałem, że jesteś w
domu.
Mówi to tak
spokojnie!
- O mój
Boże, przepraszam! – wyrzucam z siebie, zakrywając ręką usta. – Przysięgam, nie
miałam pojęcia, że wróciłeś! Właśnie brałam kąpiel ze świecami i miałam
włączoną muzykę, i sądzę, że zasnęłam… słuchawki…
- Nie martw
się – mówi Zane z półuśmiechem. – Violet, to jest Anna. Anna – moja współlokatorka
Violet.
- Cześć. –
Macham nieprzekonująco, rozpaczliwie starając się wyobrazić ją sobie ubraną.
Szybko –
muszę coś do niej powiedzieć, żeby rozproszyć tę głupią sytuację!
- Um… ładny
tyłek!
Nie to,
jednak.
- O Boże,
nie miałam tego na myśli!
Goła Dziewczyna
patrzy na mnie zażenowana. Zakłada ramiona na piersiach i odwraca ode mnie
ciało – jakbym była jakimś podglądaczem!
- Tylko
próbowałam nawiązać rozmowę. Nie chciałam, żeby zabrzmiało to seksualnie –
paplam, pogarszając sytuację. – Była to tylko obserwacja. Tak, zamierzam…
pójść. Teraz. Okej.
Uciekam,
wpatrując się w podłogę. Nie zatrzymuję się, aż docieram do mojego pokoju.
Rzucam się na łóżko twarzą do dołu i rozkazuję sobie nie ruszać się jako kara
za rażącą głupotę.
Może
dwadzieścia minut później – albo godzinę – ktoś puka do moich drzwi. Nie
odpowiadam, ale ten ktoś i tak wchodzi.
Zane.
Mogłabym wyczuć jego obecność w egipskich ciemnościach.
- Hej – mówi
i czuję szarpnięcie za stopę. – Wszystko w porządku?
- Nic mi nie
jest – mówię do materaca. – Dzięki za pytanie. Pa.
Łóżko opada
od nagłej wagi. Jasna cholera! Zane siedzi na moim łóżku!
Przewracam
się, podnosząc do siedzącej pozycji, odsuwając się od niego jakby był ogniem.
Nigdy, nawet
za tysiąc lat, nie śniłabym o kimś tak zachwycającym jak Zane siedzącym na moim
łóżku. Przenigdy.
Otaczam
ramionami kolana, zerkając na jego uśmiechającą się twarz. – Naprawdę jest mi
przykro - z powodu tego, co się stało. Nie miałam pojęcia…
- Nie, to
mnie jest przykro – mówi. – Nie powinienem przyprowadzać randek do domu. Nie,
kiedy jesteś tutaj ze mną. Postawiłem cię w niezręcznej sytuacji i za to
przepraszam.
Potrząsam
głową. – Nie, to twój dom i to ja się narzucam. I nie jestem małym dzieckiem –
zauważam. – Jeśli chcesz przyprowadzać do domu inną dziewczynę każdej nocy,
śmiało. Może możemy wymyślić jakiś system… mogłabym zakładać skarpetkę na
drzwiach łazienki, kiedy będę jej używać, czy coś.
Zane zaczyna
chichotać, pocierając brodę. – Hej. Nie powiedziałbym, że jestem z inną
dziewczyną każdej nocy.
- Jasne. –
Przewracam oczami. – Jestem tutaj prawie tydzień i do tej pory widziałam cię z
pięcioma – nie, Goła Dziewczyna jest szósta – innymi dziewczynami.
- Cóż, lubię
różnorodność. – Wzrusza uroczo ramionami.
- Poważnie?
Bo wszystkie wydają się całkiem wymienne.
- A mówiąc
wymienne, masz na myśli…?
- Wszystkie
były zdzirowate. I głupie.
Zane wybucha
śmiechem. Wyciąga rękę i klepie mnie po kolanie. – Hej, Anna jest absolwentką
Yale.
Nic nie
mówię. Miejsce, którego dotknął wciąż mnie mrowi. Staram się utrzymać neutralną
minę.
Zane
uśmiecha się szeroko i znowu mnie szturcha. – Choć naprawdę ma ładny tyłek.
- O Boże! –
jęczę, chowając głowę w kolanach. – Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam!
Powinnam iść przeprosić.
- Musisz
złapać ją w drodze. W tej chwili wraca do Los Angeles.
Podnoszę
głowę. – Przez to, co powiedziałam? Przepraszam, nie chciałam zniszczyć twojej
randki!
- E tam,
zapomnij – uspokaja mnie, zbywają to. – To na mnie była wkurzona.
Lekko
marszczę brwi. – Na ciebie? Czemu?
Zane
spogląda na mnie z ukosa, marszcząc oczy w rozbawieniu. – Po tym jak wyszłaś,
nie mogłem przestać się śmiać.
- Och –
mówię. – Um…
Bezradnie
zaczynam się śmiać, a on dołącza. Chichoczemy przez kilka sekund. W tej chwili
dosłownie czuję jak moje zadurzenie w Zanie gwałtownie rośnie.
Niedobrze.
Podnosi się
i wygina plecy, rozciągając się. Staram się nie zauważać jak szara koszulka
dopasowuje się do jego brzucha, pokazując wyrzeźbione mięśnie.
- Chcesz iść
coś zjeść? – pyta, patrząc na mnie z góry. – Ja stawiam. Możesz mi opowiedzieć,
jak było w pracy.
Powinnam
odmówić, wymyśleć jakąś wymówkę – jestem zbyt zmęczona czy coś. Ponieważ mogłam
wyczuć niebezpieczeństwo pozostawania w jego obecności, nieodpartą pokusę, żeby
powiedzieć mu „tak”.
Balansuję
tutaj na czegoś krawędzi, a kiedy zgadzam się pójść z Zanem, czuję, że spadam…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz