11.3.14

Rozdział 9

Następnego ranka budzę się, czując się skacowana. Nie żebym wiedziała, jakie to uczucie, skoro nie piję. Ani nie palę, ani nie biorę narkotyków. Jestem dobrą, małą dziewicą, okej.
Chciałabym wziąć prysznic na pobudkę, ale Zane jest w domu, więc nie ma mowy, że pójdę do jego pokoju.
Pozostaję przy ochlapaniu twarzy zimną wodą. Poruszam się jak zombie, jak ubieram się w niebieski strój roboczy i związuję długie włosy w koka. W drodze do wyjścia, wyciągam z lodówki sportowy napój, mając nadzieję, że da mi tak potrzebną energię.
Wciąż jest ciemno na zewnątrz, co sprawia, że czuję się lekko przygnębiona, że nie leżę wygodnie w łóżku. Ziewając, wsiadam do samochodu i zaczynam piętnastominutową jazdę do pracy.
Sunset Park jest okazałym dwupiętrowym białym budynkiem, otoczonym drzewami i kolorowymi kwiatami. Jak daleko idą obiekty, zawsze mogło być gorzej. Przynajmniej starają się, żeby było to radosne i klasyczne środowisko.
Parkuję na tyłach, w części dla pracowników. Cieszę się, przechodząc znowu przez te szklane drzwi – mam tylko nadzieję, że niewiele zmieniło się odkąd byłam tutaj ostatni raz.
Wpadam na Liz, kiedy odbijam kartę zegarową. Wita mnie uściskiem i od razu zaczyna mi o wszystkim opowiadać. Oboje Freemansowie umarli w przeciągu tygodnia. To smutne, ale nie zaskakujące – i cieszę się, że odeszli w tym samym czasie. Dowiaduję się, że Ginnie miała udar mózgu, czym jestem zszokowana. Ginnie była w lepszej kondycji ode mnie – codziennie chodziła pływać.
- Mamy na dole dwójkę nowych ludzi, ale są całkiem samowystarczalni – mówi Liz. – O, i Helize pytała wczoraj, kiedy jej „kwiatuszek” wraca.
- Aww – mówię. – Jak się ma?
- Tak samo – odpowiada, wsadzając ciemne włosy z powrotem do kucyka. – Ale Irma miesiąc temu złamała prawe biodro, więc teraz trzeba jej ciągle pomagać.
- Biedna Irma.
Kierujemy się do biura na spotkanie. Wszyscy witają mnie z powrotem uściskami i pytaniami o moje wakacje na Hawajach. Ale czy naprawdę były to wakacje, jeżeli cały czas pracuje się w cukierni? Według innych, jeśli tylko jesteś na Hawajach, to jesteś na wakacjach.
Przeglądam dziennik komunikacyjny dla aktualizacji moich mieszkańców, podczas gdy odbywamy nasze spotkanie. Gdy się kończy, biorę swoją krótkofalówkę oraz pager i idę do magazynu po pudełko chusteczek higienicznych. Helize zawsze potrzebuje chusteczek i jest pierwsza na mojej liście.
Już nie śpi, leżąc w swoim łóżku.
- Pobudka, kobieto – oznajmiam, zapalając światło.
Jej czyste niebieskie oczy mrugają na mnie. – Czy słyszę mojego kwiatuszka?
- Twojego jedynego. – Wyłączam jej koncentrator tlenu w drodze do jej łóżka. – Dzień dobry, piękna.
Helize marszczy na mnie brwi, powodując, że delikatna skóra marszczy się wokół jej ust i oczu. – Leżałam sobie tutaj, starając się myśleć o twoim imieniu. Lily, prawda?
- Blisko. Lily to imię mojej matki. Ja jestem Violet.
- Ach, no tak.
Pomagam jej odsunąć kołdrę i zaczynam długi proces pomagania jej we wstaniu. Potem pracujemy nad rozplątaniem nosowej rurki z jej siwych włosów. W międzyczasie opowiadam jej wszystko o moich wakacjach na Hawajach i niespodziewanych zaręczynach matki.
- A ty co robiłaś? – pytam, przysuwając jej wózek inwalidzki.
- Och, to samo. Tutaj niewiele się zmienia. – Wzdycha z wyczerpaniem i sięga po pogniecioną chusteczkę wepchniętą do rękawa koszuli nocnej.
- Żadnych dzikich imprez? Tańczenia na stole?
Helize chichocze. – Och, moje dni tańczenia na stole już dawno minęły. Czy mówiłam ci kiedyś o tym czasie w Nogales, kiedy federalni myśleli, że jestem prostytutką?
To uwielbiałam w Helize. Można jej powiedzieć cokolwiek, a ona wyjdzie z czymś jeszcze bardziej dzikim.
Podnoszę ją do wózka inwalidzkiego i zaczynam pchać ją do łazienki. Mijając jej małą lodówkę, szukam w kieszeni magnezu i przyklejam go tam.
- Przywiozłam ci pamiątkę z Hawajów – mówię, zatrzymując się, żeby mogła zobaczyć.
- O, kochanie! – Helize zerka na magnez, po czym lekko marszczy brwi. – Violet! Czy to pochwa?
- Co?! Nie – to wieloryb fałdowiec z otwartą buzią! Proszę, załóż okulary.
Podaję je jej, a ona je zakłada. – O, teraz widzę! – woła. – To jak jeden z tych obrazów, na które musisz patrzeć w zabawny sposób, aż zobaczy się obrazek.
- Nie, tak naprawdę to nic w tym stylu – mówią, wioząc ją do łazienki.
Po posadzeniu jej tam, idę uporządkować jej pokój. Ścielę łóżko, tak jak lubi i wyrzucam wszystkie zgniecione chusteczki, jakie tam powpychała. Obrzydlistwo.
To dziwne jak łatwo wróciłam do rutyny mojej starej pracy. Zaprowadziłam wszystkich moich mieszkańców na śniadanie i zanim się zorientowałam był lunch, a potem czas na zmianę. Zostaję kilka dodatkowych minut, żeby nadrobić zaległości z dziewczynami z popołudniowej zmiany, po czym odbijam kartę zegarową i wracam do domu.
Poszło dobrze! Nawet nie jestem zmęczona. Nie mogę się doczekać na przyjemną, długą kąpiel, a potem coś zjem. Może całe ciasto. Jestem taka głodna! Te całe bieganie wokoło.
Jak zazwyczaj sprawdzam garaż, żeby zobaczyć czy Zane jest w domu, ale nie ma jego samochodu. Jeśli to rozczarowanie czuję, robię co w mojej mocy, że je zignorować.
Gdy tylko wchodzę do domu, biorę trochę ubrań, słuchawki oraz kilka świec i idę prosto do łazienki.
Naprawdę potrzebuję teraz relaksującej kąpieli. Szybko ściągam obrzydliwe ubranie robocze i odkręcam wannę. Kiedy leci woda, zapalam świecie i gaszę światło. Dźwięk lecącej wody i migoczące światło sprawia, że czuję spokój i duchowość, tak jakbym miała mieć sztylet i ołtarz czy coś.
Udając, że jestem dziewiczą ofiarą topiącą się w wodach czystości, delikatnie wchodzę do wanny.
Aaach.
Całe moje ciało wzdycha ze szczęścia, gdy opadam w gorącą wodę. Strumienie są włączone, waniliowe świece rozwiewają w powietrzu waniliowość… raj. Wkładam słuchawki i włączam na telefonie trochę piosenek Aidena Crossa.
Chyba na chwilę się zdrzemnęłam. Następną rzecz jaką wiem to to, że mrugam oczami i rozciągam się leniwie w już chłodnej wodzie, całkowicie zrelaksowana.
To było wspaniałe! Wychodzę z wanny i gwałtownie burczy mi w brzuchu. Racja, czas na jedzenie. Wycieram się i wkładam długą, białą letnią sukienkę, po czym sprzątam za sobą. Nie chciałabym, żeby Zane pomyślał, że jestem dużym flejtuchem. Zbieram swoje rzeczy, otwieram drzwi i…
Aaaaaaugh!
Pierwszą rzecz, jaką widzę, to goła laska czołgająca się po łóżku Zane’a.
Tym razem to nie Natassia, to jakaś blondwłosa dziewczyna, według moich zszokowanych oczu.
Stoję jak wryta w miejscu. Naga blondynka zauważa mnie i krzyczy, łapiąc za kołdrę, żeby się okryć. Zane leży na łóżku, w pełni ubrany, ręce trzymając pod głową w niedbałej pozycji.
- Hej – mówi, odwracając głowę, żeby na mnie spojrzeć. – Nie wiedziałem, że jesteś w domu.
Mówi to tak spokojnie!
- O mój Boże, przepraszam! – wyrzucam z siebie, zakrywając ręką usta. – Przysięgam, nie miałam pojęcia, że wróciłeś! Właśnie brałam kąpiel ze świecami i miałam włączoną muzykę, i sądzę, że zasnęłam… słuchawki…
- Nie martw się – mówi Zane z półuśmiechem. – Violet, to jest Anna. Anna – moja współlokatorka Violet.
- Cześć. – Macham nieprzekonująco, rozpaczliwie starając się wyobrazić ją sobie ubraną.
Szybko – muszę coś do niej powiedzieć, żeby rozproszyć tę głupią sytuację!
- Um… ładny tyłek!
Nie to, jednak.
- O Boże, nie miałam tego na myśli!
Goła Dziewczyna patrzy na mnie zażenowana. Zakłada ramiona na piersiach i odwraca ode mnie ciało – jakbym była jakimś podglądaczem!
- Tylko próbowałam nawiązać rozmowę. Nie chciałam, żeby zabrzmiało to seksualnie – paplam, pogarszając sytuację. – Była to tylko obserwacja. Tak, zamierzam… pójść. Teraz. Okej.
Uciekam, wpatrując się w podłogę. Nie zatrzymuję się, aż docieram do mojego pokoju. Rzucam się na łóżko twarzą do dołu i rozkazuję sobie nie ruszać się jako kara za rażącą głupotę.
Może dwadzieścia minut później – albo godzinę – ktoś puka do moich drzwi. Nie odpowiadam, ale ten ktoś i tak wchodzi.
Zane. Mogłabym wyczuć jego obecność w egipskich ciemnościach.
- Hej – mówi i czuję szarpnięcie za stopę. – Wszystko w porządku?
- Nic mi nie jest – mówię do materaca. – Dzięki za pytanie. Pa.
Łóżko opada od nagłej wagi. Jasna cholera! Zane siedzi na moim łóżku!
Przewracam się, podnosząc do siedzącej pozycji, odsuwając się od niego jakby był ogniem.
Nigdy, nawet za tysiąc lat, nie śniłabym o kimś tak zachwycającym jak Zane siedzącym na moim łóżku. Przenigdy.
Otaczam ramionami kolana, zerkając na jego uśmiechającą się twarz. – Naprawdę jest mi przykro - z powodu tego, co się stało. Nie miałam pojęcia…
- Nie, to mnie jest przykro – mówi. – Nie powinienem przyprowadzać randek do domu. Nie, kiedy jesteś tutaj ze mną. Postawiłem cię w niezręcznej sytuacji i za to przepraszam.
Potrząsam głową. – Nie, to twój dom i to ja się narzucam. I nie jestem małym dzieckiem – zauważam. – Jeśli chcesz przyprowadzać do domu inną dziewczynę każdej nocy, śmiało. Może możemy wymyślić jakiś system… mogłabym zakładać skarpetkę na drzwiach łazienki, kiedy będę jej używać, czy coś.
Zane zaczyna chichotać, pocierając brodę. – Hej. Nie powiedziałbym, że jestem z inną dziewczyną każdej nocy.
- Jasne. – Przewracam oczami. – Jestem tutaj prawie tydzień i do tej pory widziałam cię z pięcioma – nie, Goła Dziewczyna jest szósta – innymi dziewczynami.
- Cóż, lubię różnorodność. – Wzrusza uroczo ramionami.
- Poważnie? Bo wszystkie wydają się całkiem wymienne.
- A mówiąc wymienne, masz na myśli…?
- Wszystkie były zdzirowate. I głupie.
Zane wybucha śmiechem. Wyciąga rękę i klepie mnie po kolanie. – Hej, Anna jest absolwentką Yale.
Nic nie mówię. Miejsce, którego dotknął wciąż mnie mrowi. Staram się utrzymać neutralną minę.
Zane uśmiecha się szeroko i znowu mnie szturcha. – Choć naprawdę ma ładny tyłek.
- O Boże! – jęczę, chowając głowę w kolanach. – Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam! Powinnam iść przeprosić.
- Musisz złapać ją w drodze. W tej chwili wraca do Los Angeles.
Podnoszę głowę. – Przez to, co powiedziałam? Przepraszam, nie chciałam zniszczyć twojej randki!
- E tam, zapomnij – uspokaja mnie, zbywają to. – To na mnie była wkurzona.
Lekko marszczę brwi. – Na ciebie? Czemu?
Zane spogląda na mnie z ukosa, marszcząc oczy w rozbawieniu. – Po tym jak wyszłaś, nie mogłem przestać się śmiać.
- Och – mówię. – Um…
Bezradnie zaczynam się śmiać, a on dołącza. Chichoczemy przez kilka sekund. W tej chwili dosłownie czuję jak moje zadurzenie w Zanie gwałtownie rośnie.
Niedobrze.
Podnosi się i wygina plecy, rozciągając się. Staram się nie zauważać jak szara koszulka dopasowuje się do jego brzucha, pokazując wyrzeźbione mięśnie.
- Chcesz iść coś zjeść? – pyta, patrząc na mnie z góry. – Ja stawiam. Możesz mi opowiedzieć, jak było w pracy.
Powinnam odmówić, wymyśleć jakąś wymówkę – jestem zbyt zmęczona czy coś. Ponieważ mogłam wyczuć niebezpieczeństwo pozostawania w jego obecności, nieodpartą pokusę, żeby powiedzieć mu „tak”.

Balansuję tutaj na czegoś krawędzi, a kiedy zgadzam się pójść z Zanem, czuję, że spadam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz