Dzień
zabawy.
Decyduję się
ubrać moją długą, szarą sukienkę z porozrzucanymi na niej małymi, białymi
kwiatkami. Nie jest to seksowna sukienka, bo nie chcę urazić mieszkańców,
wyglądając szmirowato. Wkładam włosy w kucyka, kiedy próba ich zakręcenia się
nie udaje.
Cieszę się,
że Zane spotyka się ze mną w Sunset zamiast odbierać mnie od Lauren, tak jak
zazwyczaj. Jestem absurdalnie poddenerwowana. Chrzanię włosy Helize tyle razy,
że postanawia założyć beret. Jest raźny.
-
Przygotujesz mnie dzisiaj do łóżka? – pyta mnie po raz trzeci.
Klęczę przed
jej wózkiem inwalidzkim, próbując dobrze założyć na jej nogę aparat
ortopedyczny. – Dzisiaj nie pracuję, pamiętasz? Dzisiaj jest zabawa. Przyszłam,
żeby z tobą potańczyć.
Helize macha
ręką w geście „phi!”. – Czemu młoda dama jak ty tańczyłaby ze starszą damą jak
ja? Violet, myślę, że zakładasz to na złą nogę.
Walę się w
twarz. Nic dziwnego. – Przepraszam, Helize! Chyba jestem zdenerwowana.
- Racja. Czy
twój młodzieniec przychodzi na tańce?
Powoli
wstaję, pocierając plecy. – Tak sądzę. Powiedział, że przyjdzie. Choć dzisiaj z
nim nie rozmawiałam. Myślisz, że powinnam do niego zadzwonić?
Helize
wzrusza swoimi słabymi ramionami. – Jeśli masz ochotę, czemu nie? Kochanie,
poszukaj w tej szafce parę chusteczek, możesz? Mój nos tak kapie od tego tlenu.
Sprawdzam
jej szafkę nocną. – Ugh, musisz przestać używać tych samych chusteczek, Helize.
To odrażające. Mogę przynieść ci pudełko z magazynu.
Wyniośle
pociąga nosem. – Żeby pobrali mi za to opłatę? Odmawiam zostania zaniedbaną na
śmierć.
Ukrywam
uśmiech. Moja skąpa staruszka. – Jeśli nikomu nie powiesz, przyniosę ci trochę
pudełek z domu.
- Och,
Violet, jesteś dla mnie zbyt dobra. Nie martw się tym. – Wyciąga pomarszczoną
rękę, żeby poklepać mnie w ramię. – Którą mamy godzinę? Nie przegapiliśmy
jeszcze tańca, prawda?
Sprawdzam
jeden z pięciu zegarów, jakie ma w pokoju. – Jest 17:53. Teraz zapewne
powinnyśmy zejść na dół.
Helize
sprawdza swój zegarek z niepokojem. – O, kochanie. Może powinnam jeszcze raz
iść do łazienki. Nie chcę mieć wypadku.
- Jasne –
mówię i zawożę ją z powrotem, godząc się z koniecznością bycia przynajmniej
pięć minut spóźnioną.
Helize
wydaje przygnębiony dźwięk, a ja zmieniam te ocenę na piętnaście minut.
Kiedy wiozę
ją do jadalni, jest już dziesięć minut po osiemnastej i zabawa właśnie się
zaczęła. Helize od razu zaczyna nucić do starej, romantycznej piosenki grającej
przez interkom. Stoliki odsunięto ze środka pomieszczenia i ustawiono po
bokach. Pomarańczowo-czarne dekoracje ubierają obszar, a dwa długie stoły są
zastawione pysznymi przekąskami.
Parkuję
Helize przy stoliku obok jej kumpeli, Mel i Gretchen, potem śpieszę do holu.
Zane jest
tam, rozmawiając z niesamowicie seksowną recepcjonistką, Marissą. Ona śmieje
się do niego zalotnie, a on do niej uśmiecha.
Odpycham
falę zazdrości przyprawiającej mnie o mdłości. Widzę, że Marissa nie ma
problemu z wyglądaniem szmirowato w tej małej czarnej prześwitującej serwetce,
którą ma na sobie.
Lepiej, żeby
Zane nie patrzył na jej sukienkę.
- Hej –
odzywam się z wahaniem, podchodząc do nich. Nie mogę powstrzymać uczucia, że
coś przerywam.
- Hej, tobie
– odpowiada Zane, posyłając mi ten zabójczy uśmiech. Wygląda fantastycznie i seksownie
w oliwkowej koszuli i czarnych spodniach.
- O, hej,
Violet – ćwierka do mnie Marissa, ciągle celując piersiami w Zane’a. – Czy ten
należy do ciebie?
Wymuszam
uśmiech na twarzy, ale postanawiam nie odpowiadać na takie głupie pytanie. –
Dzięki za przyjście – mówię do Zane’a.
- Nie musisz
mi dziękować. – Zdaję sobie sprawę, że trzyma pęk krwistoczerwonych róż dopiero
wtedy, gdy mi je podaje. – Szczęśliwego balu „seniorów”, Violet.
- Och –
sapię, podnosząc je do nosa.
- To takie
słodkie – wzdycha Marissa. – Chciałabym, żeby ktoś zrobił dla mnie coś takiego.
Nie psuj momentu, suko.
- Dziękuję,
Zane – mówię, zawstydzona drżącym głosem.
- Nie ma
problemu. – Puszcza do mnie oko.
- Um, chodź.
Zabawa jest w jadalni.
Prowadzę
drogę. Zaprowadzam go prosto do stolika Helize i przedstawiam go paniom tam
siedzącym.
- Więc to ty
jesteś tym młodzieńcem, który gorączkuje naszą Violet – oznajmia Helize,
przyglądając się Zane’owi bystrymi oczami.
Zane posyła
w moim kierunku rozbawione spojrzenie, a ja umieram trochę od środka.
- Mam taką
nadzieję, proszę pani – odpowiada, biorąc jej dłoń.
- Taki
przystojny i wysoki! – Gretchen rzuca nam swój promienny, pucołowaty uśmiech. –
Jaką śliczną parę tworzycie. Więc kiedy ślub?
W pierwszej
chwili myślę, że mówi o ślubie mamy, więc odpowiadam. – Trzydziestego
listopada.
Oczy Helize
powiększają się dramatycznie. – Violet, wychodzisz za mąż?!
- Ta… co?! Chwila, nie…
Ale panie w
tej chwili postanawiają ogłuchnąć i zostaje uruchomiony łańcuch plotek. Helize
odchodzi, wioząc się szybko i wściekle.
Świetnie.
Kobieta nie potrafi pojechać samej trzy stopy do łazienki, a teraz jest
rakietą.
Zane umiera
ze śmiechu, kiedy ja jestem szkarłatna z zażenowania.
Do czasu,
jak chodzę wokoło, przedstawiając go innym mieszkańcom i współpracownikom,
każdy zna go już jako mojego narzeczonego. Zane przyjmuje to wszystko
swobodnie, ale ja jestem okropnie zawstydzona.
Oczywiście
oni wszyscy go uwielbiają – jego twarz i łatwy urok gwarantują jego akceptację.
Rządzi pomieszczeniem jak zawodowiec. Moi współpracownicy ciągle odciągają mnie
na bok, żeby entuzjazmować się nim, a Amy, jedna z pielęgniarek, jest
niepokojąco graficzna w śpiewaniu na jego cześć.
Później,
Zane prosi mnie do tańca. Dołączamy do kilku par na parkiecie. Jestem
zakłopotana, dopóki nie bierze mnie w ramiona i porusza mną w rytmie, którego
nie można się nauczyć.
- Lubię
twoich staruszków – mówi mi do ucha, posyłając dreszcze wzdłuż mojego
kręgosłupa i do żołądka.
- Oni też
cię lubią – odpowiadam.
- Mimo że –
Zane nachyla się poufale – niektóre z tych kobiet są bezczelne jak diabli. Ta
maleńka pani – przysięgam, że miała ramiona ośmiornicy. Jedna ręka w mojej
koszuli, jedna na tyłku i sześć w spodniach. Trochę chciałem wołać o pomoc.
- O nie –
śmieję się. – To musiała być Mary. Jest trochę… łapczywa.
- Niska,
mała rzecz? Szalona peruka i obcęgowy chwyt?
Nie mogę
ukryć uśmiechu. – To ona.
- Ta, możesz
zechcieć mieć na nią oko, bo, cholera.
Zane ma
teraz na twarzy najbardziej urocze zmarszczenie brwi. – Oj, biedne dziecko!
Skrzywdziła cię?
Uśmiecha się
i umiejętnie okręca mną do rytmu muzyki. – Tak jakby. Mogę potrzebować terapii.
Aby pozbyć się tych bolesnych wspomnień. Znasz kogoś, kto mógłby pomóc?
Udaję
namysł. – Mogłabym cię umówić z moim doradcą szkolnym, panem Bobem.
- Więc to
tak będzie, co? – Zane patrzy na mnie z przebiegłą miną na zbyt przystojnej
twarzy. – A ja zamierzałem ci coś dać.
- Co? –
pytam podejrzliwie.
- To
niespodzianka – odpowiada. – Sprawdź kieszeń moich spodni.
Prycham. –
Ta, jasne. Już to słyszałam.
- Słyszałaś,
co?
Piosenka się
kończy, a Zane odprowadza mnie na bok do małej alkowy przy kominku. Miejsce
zapewnia odrobinę prywatności od wszystkich innych i zastanawiam się, co Zane
trzyma w zanadrzu. Znając go, pewnie coś nieprzyzwoitego.
- No dalej,
Violet – dokucza mi. – Sprawdź moje kieszenie. Dam ci wskazówkę: to lewa.
Wpatruję się
w niego podejrzliwie. Czeka, trzymając ramiona po bokach, zapraszając mnie do
przeszukiwania.
No dobra.
Jeśli Mary potrafi to zrobić, to ja też. Szybko się rozglądam. Nikt nie patrzy
w moim kierunku, więc ostrożnie wsadzam rękę do lewej kieszeni jego spodni.
- Przysięgam
na Boga, że jeśli wydasz choć najmniejszy dźwięk, przyprowadzę tutaj Mary i jej
żelazny chwyt – grożę mu.
On jedynie
się uśmiecha. – Obiecuję, że nawet nie będzie mi się to podobało. Bardzo.
Nie docieram
bardzo daleko, kiedy moje palce napotykają coś twardego.
Nie, nie to!
Marszcząc
brwi, wyciągam z kieszeni Zane’a jasnoniebieskie pudełko.
Um. Na
przodzie napisane jest Tiffany & Co.
Trzymam
pudełko, jakby to była bomba. Jest płaskie i kwadratowe. Patrzę na niego
niepewnie. – Co to jest?
Zane
uśmiecha się drażliwie. – Pudełko. Otwórz je.
Mrugam
szybko o wiele zbyt długo. Potem pcham pudełko w jego tors. – Cokolwiek to
jest, nie mogę tego zaakceptować. Jestem pewna, że jest zbyt drogie.
Zane
wzdycha. – Violet – mówi cierpliwie. – Wiesz, że mnie stać.
Próbuje mi
je podać, ale cofam się, serce bije mi szybko. Bo naprawdę chcę otworzyć te
pudełko.
Zane chwyta
moją rękę i kładzie na niej pudełko. – Zaczynasz mnie wkurzać – mówi. – Jeśli
tego nie przyjmiesz, wezmę to za obrazę.
Daj spokój, to nic wielkiego.
Patrzy na
mnie wyczekująco. Teraz czuję się kompletnie niewdzięcznie.
Dobra, nic
nie szkodzi popatrzeć, prawda?
Czując się
niewiarygodnie nieśmiało, ostrożnie otwieram pudełko. W środku znajduję miękki
woreczek ściągany za sznurek i…
O, wow!
Bardzo,
bardzo ostrożnie wyciągam błyszczącą, brylantową bransoletkę. Osadzone w
platynie, diamenty różnią się wielkością i kształtem. Jest piękna.
Na końcu
języka mam pytanie, czy jest prawdziwa, ale oczywiście, że jest!
- To jest…
wow, ona jest wspaniała, Zane – mówię bez tchu. – Ale to zbyt dużo! Nie mogę…
wiesz, że nie mogę…
- Tak,
możesz.
Zabiera ode
mnie bransoletkę i zapina ją na moim nadgarstku. Skóra mrowi mnie od delikatnej
wagi. Jestem zahipnotyzowana tym, jak diamenty łapią światło i załamują je w
maleńkie błyski.
Rozbawiony
głos Zane’a przerywa mój trans. – Teraz zamierzam oszczędzić nam kłopotu,
mówiąc ci od razu, że nie przyjmuję jej z powrotem, a jeśli spróbujesz odmówić,
to poważnie mnie wkurzysz. Więc musi ci się spodobać.
- Podoba!
Jest piękna! Ale…
- Więc to
tyle. Nie ma za co.
Chwytam go
za koszulę i zniżam do mojego wzrostu. – Dziękuję – szepczę.
Potem go
całuję. Długo, gorąco i mocno. Odrywamy się, uśmiechając.
- A więc –
mówię, przesuwając palcami po jego mocno zarysowanej szczęce. – Czy to znaczy,
że muszę coś wyłożyć?
Zane
przekrzywia głowę na bok, udając, że się zastanawia. – Tak sądzę.
Uśmiecham
się do niego. – I tak zamierzałam.
- Wiem.
Okej, teraz
jest idealna pora na zapytanie go o nas. Biorę głęboki wdech.
- Przykro
mi, że przerywam.
Grr! To
Marissa i jej zdzirowata sukienka.
- Czego?! –
mówię gniewnie. – To znaczy… co?
Okręca wokół
palca kosmyk jej długich blond włosów. – Gil ciągle męczy mnie o taniec, a
wiesz jaki z niego zboczeniec, prawda, Violet? Cóż, powiedziałam, że obiecałam
Zane’owi taniec. Więc mogę pożyczyć cię na trochę, Zane? - Mruga do niego bezmyślnie. – Czy to w
porządku?
Poważnie?!
Zane patrzy
na mnie pytająco, unosząc brew.
Nic nie
mówię. Tak naprawdę mam zaciśnięte usta. Lecz Marissa bierze moją ciszę za
zgodę i kwiczy jak świnia. Łapie Zane’a za ramię, odciągając go. On spogląda na
mnie, wzruszając ramionami.
To nic,
Violet. Bądź spokojna. Popatrz na błyszczące diamenty.
Nie działa.
Ukrywam się za filarem i piorunuję wzrokiem moją randkę oraz recepcjonistkę,
tańczących, jakby byli parą w telewizyjnym konkursie.
Nie, ludzie,
nie oklaskujcie ich!
Gdyby nie
Marissa, przyjemnie byłoby patrzeć na Zane’a. Jego ruchy są profesjonalne i
łatwe i zdaję sobie sprawę, że musiał trenować.
- Jest pełen
niespodzianek – mówię mojej bransoletce.
Nie wiem
dlaczego rozmawiam z bransoletką.
Tak na
marginesie, błysk diamentów łapie wzrok każdej kobiety, niezależnie od wieku.
Cholera, Adele dostrzega ją z drugiego końca pokoju, a jest legalnie niewidoma.
Moje
staruszki zachwycają się błyskotką na moim nadgarstku. W międzyczasie,
przyglądam się jak Zane okręca zdzirowatą Marissą w najdłuższej piosence na
świecie.
Ugh! Nie
cierpię zawsze być tą zazdrosną. Jak jemu by się spodobało, gdybym zatańczyła z
jakimś seksownym facetem? Właściwie…
Przyglądam
się otoczeniu, ale najbliższą osobę seksownemu facetowi znajduję krótkowłosą
Raquel, która pracuje na nocną zmianę. Ona ma
na dziś na sobie spodnie. Może od tyłu…?
Okej, nie.
Próbuję przekonać się do bycia racjonalną i cieszenia się wieczorem. Wiem, że
zachowuję się głupio. Mogę przestać.
Tańczę z
mieszkańcami przykutymi do wózków inwalidzkich, trzymając ich za ręce i
starając się nie krzywić, gdy ich podnóżki raz jeszcze uderzają w moje kostki.
Zane daje sporej ilości starszych pań dreszczyk emocji ich życia, wywijając z
nimi na parkiecie. Odpowiadają tak entuzjastycznie, że wiem, iż rano będzie
wiele bolących kości.
Jest prawie
ósma. Helize chce, żebym zabrała ją na górę, więc mówię Zane’owi, że wrócę za
kilka minut.
- Cóż,
Helize, byłaś królową balu – mówię, wprowadzając ją do windy. – Dobrze się
bawiłaś?
Chichocze ze
zmęczeniem, trzymając na kolanach kolorowy bukiet papierowych kwiatów. – Nic
nie wiem o „królowej balu”, ale dobrze się bawiłam. Jestem bardzo zadowolona z
poznania twojego młodzieńca. Wiesz, przypomina mi on mojego starego chłopaka.
Miał na imię Charlie, choć nie był tak przystojny jak twój Zane. Jednak był
czarującą osobą. Każdy go kochał. Potrafił rozświetlić pokój jak mało kto.
- Naprawdę?
Więc dlaczego go nie poślubiłaś?
Muszę
poczekać, aż Helize otworzy swoje drzwi, zanim mi odpowiada. Zapalam światło i
wprowadzam ją do środka.
- Bo wszyscy
go kochali – odpowiada po prostu. – A on kochał ich wszystkich. Największy
kobieciarz, jakiego kiedykolwiek znałam!
- Och –
mruczę kwaśno.
Helize
posyła mi przebiegłe, stare spojrzenie. – Musisz obserwować ich jak jastrząb
kiedy są tacy przystojni i czarujący, Violet. Pamiętaj o tym.
- Z
pewnością będę.
- Dobra
dziewczynka. – Klepie mnie po ręce. – Jesteś bardzo piękną, bardzo cudowną
młodą kobietą. We dwoje tworzycie olśniewającą parę. Tylko upewnij się, żeby
pilnować swojego serca, słyszysz?
Pochylam się
i całuję ją głośno w policzek. – Słyszę, babciu.
Chichocze i
kieruje się do łazienki. – Wyślij Liz, żeby mi pomogła, dobrze, kochanie?
Jestem już gotowa do łóżka.
- Dobranoc,
Helize – mówię, zamykając za nią drzwi.
Jej
ostrzeżenie odbija się echem w mojej głowie, gdy w drodze powrotnej wybieram
schody. Wpadam na Liz w holu, w drodze na odszukanie Zane’a i mówię jej o
Helize. Ona mi dziękuje, jak również gratuluje z oświadczyn z super ciachem.
Gdzie jest
Zane? Szukam wszędzie, w tym w kuchni i trzech niezamieszkanych pokojach na
dole. Z zamierającym sercem zauważam, że Marissy także nie ma. Potem Gina, kierowniczka działalności,
wspomina, że widziała, jak wychodzą na zewnątrz.
O, naprawdę.
Z łomoczącym
tętnem, wychodzę na parking, gdzie są samochody pracowników.
Zgadnijcie
co znajduję? Zane’a, opierającego się o sportowy samochodzik Marissy – a zdzira
stoi bardzo blisko przed nim.
Obserwuję,
jak staje na palcach, żeby pocałować go w policzek. Dzielą się intymnym
śmiechem, a potem Marissa wsiada do auta. Zane odchodzi, gdy wycofuje i patrzy
jak odjeżdża.
Taka.
Wściekła.
Zakładając
ramiona na piersiach, wchodzę w zasięg jego wzroku. Trzęsę się. Mam nadzieję,
że nie zauważy.
- Tutaj
jesteś – odzywa się, podchodząc do mnie. – Szukałem cię.
- Naprawdę?
Szukałeś mnie na parkingu, kiedy powiedziałam ci, że będę na górze z Helize?
Zane chce
złapać mnie za rękę, ale ją zabieram. Lekko marszczy brwi. – Co jest z tobą?
- Nic –
mówię gniewnie. – Dobrze się bawiłeś z Marissą?
- Nie
bardzo. Po prostu odprowadziłem ją do samochodu, bo bała się iść sama.
Rozglądam
się po dobrze oświetlonym parkingu, patrząc na drzwi budynku znajdujące się
dosłownie pięć stóp dalej. – Mhm – mówię, moje słowa ociekają sarkazmem. – To
zupełnie wiarygodne.
Zane wzdycha
niemal niepostrzeżenie, przeciągając dłonią po włosach. – Niespecjalnie.
Chciała tylko do mnie zarywać.
Moja krew
zmienia się w lód, podczas gdy głowa mi eksploduje. – Ta fałszywie-miła suka!
- To
podsumowuje te sytuację.
- Och, wiesz
co? Nawet nie próbuj! Cały wieczór ją zachęcałeś! – krzyczę, wyrzucając ramiona
w powietrze.
Zane patrzy
na mnie z niedowierzeniem. – Żartujesz sobie?
- Spędziłeś
z nią więcej czasu, patrząc na jej sukienkę, niż ze mną!
Wydaje
zirytowany dźwięk nisko w gardle. – Próbowałem być miły – warczy. – Nigdy jej nie dotknąłem. I tak, patrzyłem – pchała
mi się w twarz! Tylko patrzyłem. Od
kiedy to przestępstwo?
Im więcej
mówi, tym wścieklejsza się staję. Czuję jakby złamała się we mnie jakaś tama i
czerwona mgła osiada mi przed oczami.
- Ta, masz
szczęście, że to nie przestępstwo, bo zostałbyś dożywotnio zamknięty!
Zane
przygląda mi się ostrożnie. – Czy w ogóle chcę wiedzieć o czym mówisz?
- Jakbyś nie
wiedział! – wrzeszczę. – Wiesz, przez te wszystkie dziewczyny, z którymi
flirtujesz tuż przede mną, muszę się zastanawiać o ile więcej ich jest, kiedy
nie ma mnie w pobliżu!
Zane wygląda
jakby zaczynała go boleć głowa. – Poczekaj, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie chcesz
żebym patrzył ani rozmawiał z innymi dziewczynami?
Słyszę jak
brzmię, naprawdę. Po prostu nie potrafię zatrzymać szalonego pociągu, którym
stały się moje usta.
- Masz rację
– mówię. – Możesz robić cokolwiek chcesz, spać ze wszystkimi zdzirowatymi recepcjonistkami…
- Violet. –
Zane wyciąga do mnie rękę.
Odsuwam się
ze wściekłością. – Bo jesteśmy dla siebie nikim. To, że dałeś mi diamentową
bransoletkę nic nie znaczy. Prawdopodobnie rozdajesz je jak cukierki. Choć tę
możesz sobie wziąć. Nie chcę jej!
Zabieram się
za zdjęcie bransoletki, bym mogła nią w niego rzucić.
Głupie, małe
zapięcie!
Próbuję
przez dobre pół minuty ściągnąć cholerną rzecz. Sfrustrowana, wzdycham
wybuchowo i patrzę gniewnie na Zane’a. – Dobra, wyślę ci ją pocztą!
Odwracam się
na pięcie i odchodzę, tupiąc nogami. Robię tylko parę kroków, kiedy Zane łapie
mnie od tyłu, przyciskając ramiona do moich boków. Trzyma mnie mocno przy swoim
ciele, kiedy bezużytecznie walczę.
- Więc co?
Już nie chcesz mnie widzieć przez coś, co myślisz,
że zrobiłem? – Jego miękki oddech łaskocze mnie w szyję.
- Tak –
odpowiadam gniewnie. Czy czuje, że moje serce bije niepokojąco szybko? Mam
nadzieję, że nie.
- Nie sądzę
– szepcze Zane. – Zadzwoń, kiedy przejdzie ci twój napad złości, dziewczynko.
Wściekle
sztywnieję. On całuje mnie w szyję, zanim mnie puszcza. Moje ciało już tęskni
za jego ciepłem i siłą.
Każę mu się
zamknąć. Obracając się, oburącz pokazuję mu środkowy palec.
- Nie
spodziewaj się zbyt wiele! – krzyczę.
Tak. Jak
dziewczynka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz