11.3.14

Rozdział 18

Dzień zabawy.

Decyduję się ubrać moją długą, szarą sukienkę z porozrzucanymi na niej małymi, białymi kwiatkami. Nie jest to seksowna sukienka, bo nie chcę urazić mieszkańców, wyglądając szmirowato. Wkładam włosy w kucyka, kiedy próba ich zakręcenia się nie udaje.
Cieszę się, że Zane spotyka się ze mną w Sunset zamiast odbierać mnie od Lauren, tak jak zazwyczaj. Jestem absurdalnie poddenerwowana. Chrzanię włosy Helize tyle razy, że postanawia założyć beret. Jest raźny.
- Przygotujesz mnie dzisiaj do łóżka? – pyta mnie po raz trzeci.
Klęczę przed jej wózkiem inwalidzkim, próbując dobrze założyć na jej nogę aparat ortopedyczny. – Dzisiaj nie pracuję, pamiętasz? Dzisiaj jest zabawa. Przyszłam, żeby z tobą potańczyć.
Helize macha ręką w geście „phi!”. – Czemu młoda dama jak ty tańczyłaby ze starszą damą jak ja? Violet, myślę, że zakładasz to na złą nogę.
Walę się w twarz. Nic dziwnego. – Przepraszam, Helize! Chyba jestem zdenerwowana.
- Racja. Czy twój młodzieniec przychodzi na tańce?
Powoli wstaję, pocierając plecy. – Tak sądzę. Powiedział, że przyjdzie. Choć dzisiaj z nim nie rozmawiałam. Myślisz, że powinnam do niego zadzwonić?
Helize wzrusza swoimi słabymi ramionami. – Jeśli masz ochotę, czemu nie? Kochanie, poszukaj w tej szafce parę chusteczek, możesz? Mój nos tak kapie od tego tlenu.
Sprawdzam jej szafkę nocną. – Ugh, musisz przestać używać tych samych chusteczek, Helize. To odrażające. Mogę przynieść ci pudełko z magazynu.
Wyniośle pociąga nosem. – Żeby pobrali mi za to opłatę? Odmawiam zostania zaniedbaną na śmierć.
Ukrywam uśmiech. Moja skąpa staruszka. – Jeśli nikomu nie powiesz, przyniosę ci trochę pudełek z domu.
- Och, Violet, jesteś dla mnie zbyt dobra. Nie martw się tym. – Wyciąga pomarszczoną rękę, żeby poklepać mnie w ramię. – Którą mamy godzinę? Nie przegapiliśmy jeszcze tańca, prawda?
Sprawdzam jeden z pięciu zegarów, jakie ma w pokoju. – Jest 17:53. Teraz zapewne powinnyśmy zejść na dół.
Helize sprawdza swój zegarek z niepokojem. – O, kochanie. Może powinnam jeszcze raz iść do łazienki. Nie chcę mieć wypadku.
- Jasne – mówię i zawożę ją z powrotem, godząc się z koniecznością bycia przynajmniej pięć minut spóźnioną.
Helize wydaje przygnębiony dźwięk, a ja zmieniam te ocenę na piętnaście minut.

Kiedy wiozę ją do jadalni, jest już dziesięć minut po osiemnastej i zabawa właśnie się zaczęła. Helize od razu zaczyna nucić do starej, romantycznej piosenki grającej przez interkom. Stoliki odsunięto ze środka pomieszczenia i ustawiono po bokach. Pomarańczowo-czarne dekoracje ubierają obszar, a dwa długie stoły są zastawione pysznymi przekąskami.
Parkuję Helize przy stoliku obok jej kumpeli, Mel i Gretchen, potem śpieszę do holu.
Zane jest tam, rozmawiając z niesamowicie seksowną recepcjonistką, Marissą. Ona śmieje się do niego zalotnie, a on do niej uśmiecha.
Odpycham falę zazdrości przyprawiającej mnie o mdłości. Widzę, że Marissa nie ma problemu z wyglądaniem szmirowato w tej małej czarnej prześwitującej serwetce, którą ma na sobie.
Lepiej, żeby Zane nie patrzył na jej sukienkę.
- Hej – odzywam się z wahaniem, podchodząc do nich. Nie mogę powstrzymać uczucia, że coś przerywam.
- Hej, tobie – odpowiada Zane, posyłając mi ten zabójczy uśmiech. Wygląda fantastycznie i seksownie w oliwkowej koszuli i czarnych spodniach.
- O, hej, Violet – ćwierka do mnie Marissa, ciągle celując piersiami w Zane’a. – Czy ten należy do ciebie?
Wymuszam uśmiech na twarzy, ale postanawiam nie odpowiadać na takie głupie pytanie. – Dzięki za przyjście – mówię do Zane’a.
- Nie musisz mi dziękować. – Zdaję sobie sprawę, że trzyma pęk krwistoczerwonych róż dopiero wtedy, gdy mi je podaje. – Szczęśliwego balu „seniorów”, Violet.
- Och – sapię, podnosząc je do nosa.
- To takie słodkie – wzdycha Marissa. – Chciałabym, żeby ktoś zrobił dla mnie coś takiego.
Nie psuj momentu, suko.
- Dziękuję, Zane – mówię, zawstydzona drżącym głosem.
- Nie ma problemu. – Puszcza do mnie oko.
- Um, chodź. Zabawa jest w jadalni.
Prowadzę drogę. Zaprowadzam go prosto do stolika Helize i przedstawiam go paniom tam siedzącym.
- Więc to ty jesteś tym młodzieńcem, który gorączkuje naszą Violet – oznajmia Helize, przyglądając się Zane’owi bystrymi oczami.
Zane posyła w moim kierunku rozbawione spojrzenie, a ja umieram trochę od środka.
- Mam taką nadzieję, proszę pani – odpowiada, biorąc jej dłoń.
- Taki przystojny i wysoki! – Gretchen rzuca nam swój promienny, pucołowaty uśmiech. – Jaką śliczną parę tworzycie. Więc kiedy ślub?
W pierwszej chwili myślę, że mówi o ślubie mamy, więc odpowiadam. – Trzydziestego listopada.
Oczy Helize powiększają się dramatycznie. – Violet, wychodzisz za mąż?!
- Ta… co?! Chwila, nie…
Ale panie w tej chwili postanawiają ogłuchnąć i zostaje uruchomiony łańcuch plotek. Helize odchodzi, wioząc się szybko i wściekle.
Świetnie. Kobieta nie potrafi pojechać samej trzy stopy do łazienki, a teraz jest rakietą.
Zane umiera ze śmiechu, kiedy ja jestem szkarłatna z zażenowania.
Do czasu, jak chodzę wokoło, przedstawiając go innym mieszkańcom i współpracownikom, każdy zna go już jako mojego narzeczonego. Zane przyjmuje to wszystko swobodnie, ale ja jestem okropnie zawstydzona.
Oczywiście oni wszyscy go uwielbiają – jego twarz i łatwy urok gwarantują jego akceptację. Rządzi pomieszczeniem jak zawodowiec. Moi współpracownicy ciągle odciągają mnie na bok, żeby entuzjazmować się nim, a Amy, jedna z pielęgniarek, jest niepokojąco graficzna w śpiewaniu na jego cześć.
Później, Zane prosi mnie do tańca. Dołączamy do kilku par na parkiecie. Jestem zakłopotana, dopóki nie bierze mnie w ramiona i porusza mną w rytmie, którego nie można się nauczyć.
- Lubię twoich staruszków – mówi mi do ucha, posyłając dreszcze wzdłuż mojego kręgosłupa i do żołądka.
- Oni też cię lubią – odpowiadam.
- Mimo że – Zane nachyla się poufale – niektóre z tych kobiet są bezczelne jak diabli. Ta maleńka pani – przysięgam, że miała ramiona ośmiornicy. Jedna ręka w mojej koszuli, jedna na tyłku i sześć w spodniach. Trochę chciałem wołać o pomoc.
- O nie – śmieję się. – To musiała być Mary. Jest trochę… łapczywa.
- Niska, mała rzecz? Szalona peruka i obcęgowy chwyt?
Nie mogę ukryć uśmiechu. – To ona.
- Ta, możesz zechcieć mieć na nią oko, bo, cholera.
Zane ma teraz na twarzy najbardziej urocze zmarszczenie brwi. – Oj, biedne dziecko! Skrzywdziła cię?
Uśmiecha się i umiejętnie okręca mną do rytmu muzyki. – Tak jakby. Mogę potrzebować terapii. Aby pozbyć się tych bolesnych wspomnień. Znasz kogoś, kto mógłby pomóc?
Udaję namysł. – Mogłabym cię umówić z moim doradcą szkolnym, panem Bobem.
- Więc to tak będzie, co? – Zane patrzy na mnie z przebiegłą miną na zbyt przystojnej twarzy. – A ja zamierzałem ci coś dać.
- Co? – pytam podejrzliwie.
- To niespodzianka – odpowiada. – Sprawdź kieszeń moich spodni.
Prycham. – Ta, jasne. Już to słyszałam.
- Słyszałaś, co?
Piosenka się kończy, a Zane odprowadza mnie na bok do małej alkowy przy kominku. Miejsce zapewnia odrobinę prywatności od wszystkich innych i zastanawiam się, co Zane trzyma w zanadrzu. Znając go, pewnie coś nieprzyzwoitego.
- No dalej, Violet – dokucza mi. – Sprawdź moje kieszenie. Dam ci wskazówkę: to lewa.
Wpatruję się w niego podejrzliwie. Czeka, trzymając ramiona po bokach, zapraszając mnie do przeszukiwania.
No dobra. Jeśli Mary potrafi to zrobić, to ja też. Szybko się rozglądam. Nikt nie patrzy w moim kierunku, więc ostrożnie wsadzam rękę do lewej kieszeni jego spodni.
- Przysięgam na Boga, że jeśli wydasz choć najmniejszy dźwięk, przyprowadzę tutaj Mary i jej żelazny chwyt – grożę mu.
On jedynie się uśmiecha. – Obiecuję, że nawet nie będzie mi się to podobało. Bardzo.
Nie docieram bardzo daleko, kiedy moje palce napotykają coś twardego.
Nie, nie to!
Marszcząc brwi, wyciągam z kieszeni Zane’a jasnoniebieskie pudełko.
Um. Na przodzie napisane jest Tiffany & Co.
Trzymam pudełko, jakby to była bomba. Jest płaskie i kwadratowe. Patrzę na niego niepewnie. – Co to jest?
Zane uśmiecha się drażliwie. – Pudełko. Otwórz je.
Mrugam szybko o wiele zbyt długo. Potem pcham pudełko w jego tors. – Cokolwiek to jest, nie mogę tego zaakceptować. Jestem pewna, że jest zbyt drogie.
Zane wzdycha. – Violet – mówi cierpliwie. – Wiesz, że mnie stać.
Próbuje mi je podać, ale cofam się, serce bije mi szybko. Bo naprawdę chcę otworzyć te pudełko.
Zane chwyta moją rękę i kładzie na niej pudełko. – Zaczynasz mnie wkurzać – mówi. – Jeśli tego nie przyjmiesz, wezmę to za obrazę.  Daj spokój, to nic wielkiego.
Patrzy na mnie wyczekująco. Teraz czuję się kompletnie niewdzięcznie.
Dobra, nic nie szkodzi popatrzeć, prawda?
Czując się niewiarygodnie nieśmiało, ostrożnie otwieram pudełko. W środku znajduję miękki woreczek ściągany za sznurek i…
O, wow!
Bardzo, bardzo ostrożnie wyciągam błyszczącą, brylantową bransoletkę. Osadzone w platynie, diamenty różnią się wielkością i kształtem. Jest piękna.
Na końcu języka mam pytanie, czy jest prawdziwa, ale oczywiście, że jest!
- To jest… wow, ona jest wspaniała, Zane – mówię bez tchu. – Ale to zbyt dużo! Nie mogę… wiesz, że nie mogę…
- Tak, możesz.
Zabiera ode mnie bransoletkę i zapina ją na moim nadgarstku. Skóra mrowi mnie od delikatnej wagi. Jestem zahipnotyzowana tym, jak diamenty łapią światło i załamują je w maleńkie błyski.
Rozbawiony głos Zane’a przerywa mój trans. – Teraz zamierzam oszczędzić nam kłopotu, mówiąc ci od razu, że nie przyjmuję jej z powrotem, a jeśli spróbujesz odmówić, to poważnie mnie wkurzysz. Więc musi ci się spodobać.
- Podoba! Jest piękna! Ale…
- Więc to tyle. Nie ma za co.
Chwytam go za koszulę i zniżam do mojego wzrostu. – Dziękuję – szepczę.
Potem go całuję. Długo, gorąco i mocno. Odrywamy się, uśmiechając.
- A więc – mówię, przesuwając palcami po jego mocno zarysowanej szczęce. – Czy to znaczy, że muszę coś wyłożyć?
Zane przekrzywia głowę na bok, udając, że się zastanawia. – Tak sądzę.
Uśmiecham się do niego. – I tak zamierzałam.
- Wiem.
Okej, teraz jest idealna pora na zapytanie go o nas. Biorę głęboki wdech.
- Przykro mi, że przerywam.
Grr! To Marissa i jej zdzirowata sukienka.
- Czego?! – mówię gniewnie. – To znaczy… co?
Okręca wokół palca kosmyk jej długich blond włosów. – Gil ciągle męczy mnie o taniec, a wiesz jaki z niego zboczeniec, prawda, Violet? Cóż, powiedziałam, że obiecałam Zane’owi taniec. Więc mogę pożyczyć cię na trochę, Zane?  - Mruga do niego bezmyślnie. – Czy to w porządku?
Poważnie?!
Zane patrzy na mnie pytająco, unosząc brew.
Nic nie mówię. Tak naprawdę mam zaciśnięte usta. Lecz Marissa bierze moją ciszę za zgodę i kwiczy jak świnia. Łapie Zane’a za ramię, odciągając go. On spogląda na mnie, wzruszając ramionami.
To nic, Violet. Bądź spokojna. Popatrz na błyszczące diamenty.
Nie działa. Ukrywam się za filarem i piorunuję wzrokiem moją randkę oraz recepcjonistkę, tańczących, jakby byli parą w telewizyjnym konkursie.
Nie, ludzie, nie oklaskujcie ich!
Gdyby nie Marissa, przyjemnie byłoby patrzeć na Zane’a. Jego ruchy są profesjonalne i łatwe i zdaję sobie sprawę, że musiał trenować.
- Jest pełen niespodzianek – mówię mojej bransoletce.
Nie wiem dlaczego rozmawiam z bransoletką.
Tak na marginesie, błysk diamentów łapie wzrok każdej kobiety, niezależnie od wieku. Cholera, Adele dostrzega ją z drugiego końca pokoju, a jest legalnie niewidoma.
Moje staruszki zachwycają się błyskotką na moim nadgarstku. W międzyczasie, przyglądam się jak Zane okręca zdzirowatą Marissą w najdłuższej piosence na świecie.
Ugh! Nie cierpię zawsze być tą zazdrosną. Jak jemu by się spodobało, gdybym zatańczyła z jakimś seksownym facetem? Właściwie…
Przyglądam się otoczeniu, ale najbliższą osobę seksownemu facetowi znajduję krótkowłosą Raquel, która pracuje na nocną zmianę. Ona ma na dziś na sobie spodnie. Może od tyłu…?
Okej, nie. Próbuję przekonać się do bycia racjonalną i cieszenia się wieczorem. Wiem, że zachowuję się głupio. Mogę przestać.
Tańczę z mieszkańcami przykutymi do wózków inwalidzkich, trzymając ich za ręce i starając się nie krzywić, gdy ich podnóżki raz jeszcze uderzają w moje kostki. Zane daje sporej ilości starszych pań dreszczyk emocji ich życia, wywijając z nimi na parkiecie. Odpowiadają tak entuzjastycznie, że wiem, iż rano będzie wiele bolących kości.

Jest prawie ósma. Helize chce, żebym zabrała ją na górę, więc mówię Zane’owi, że wrócę za kilka minut.
- Cóż, Helize, byłaś królową balu – mówię, wprowadzając ją do windy. – Dobrze się bawiłaś?
Chichocze ze zmęczeniem, trzymając na kolanach kolorowy bukiet papierowych kwiatów. – Nic nie wiem o „królowej balu”, ale dobrze się bawiłam. Jestem bardzo zadowolona z poznania twojego młodzieńca. Wiesz, przypomina mi on mojego starego chłopaka. Miał na imię Charlie, choć nie był tak przystojny jak twój Zane. Jednak był czarującą osobą. Każdy go kochał. Potrafił rozświetlić pokój jak mało kto.
- Naprawdę? Więc dlaczego go nie poślubiłaś?
Muszę poczekać, aż Helize otworzy swoje drzwi, zanim mi odpowiada. Zapalam światło i wprowadzam ją do środka.
- Bo wszyscy go kochali – odpowiada po prostu. – A on kochał ich wszystkich. Największy kobieciarz, jakiego kiedykolwiek znałam!
- Och – mruczę kwaśno.
Helize posyła mi przebiegłe, stare spojrzenie. – Musisz obserwować ich jak jastrząb kiedy są tacy przystojni i czarujący, Violet. Pamiętaj o tym.
- Z pewnością będę.
- Dobra dziewczynka. – Klepie mnie po ręce. – Jesteś bardzo piękną, bardzo cudowną młodą kobietą. We dwoje tworzycie olśniewającą parę. Tylko upewnij się, żeby pilnować swojego serca, słyszysz?
Pochylam się i całuję ją głośno w policzek. – Słyszę, babciu.
Chichocze i kieruje się do łazienki. – Wyślij Liz, żeby mi pomogła, dobrze, kochanie? Jestem już gotowa do łóżka.
- Dobranoc, Helize – mówię, zamykając za nią drzwi.
Jej ostrzeżenie odbija się echem w mojej głowie, gdy w drodze powrotnej wybieram schody. Wpadam na Liz w holu, w drodze na odszukanie Zane’a i mówię jej o Helize. Ona mi dziękuje, jak również gratuluje z oświadczyn z super ciachem.
Gdzie jest Zane? Szukam wszędzie, w tym w kuchni i trzech niezamieszkanych pokojach na dole. Z zamierającym sercem zauważam, że Marissy także nie ma.  Potem Gina, kierowniczka działalności, wspomina, że widziała, jak wychodzą na zewnątrz.
O, naprawdę.
Z łomoczącym tętnem, wychodzę na parking, gdzie są samochody pracowników.
Zgadnijcie co znajduję? Zane’a, opierającego się o sportowy samochodzik Marissy – a zdzira stoi bardzo blisko przed nim.
Obserwuję, jak staje na palcach, żeby pocałować go w policzek. Dzielą się intymnym śmiechem, a potem Marissa wsiada do auta. Zane odchodzi, gdy wycofuje i patrzy jak odjeżdża.
Taka. Wściekła.
Zakładając ramiona na piersiach, wchodzę w zasięg jego wzroku. Trzęsę się. Mam nadzieję, że nie zauważy.
- Tutaj jesteś – odzywa się, podchodząc do mnie. – Szukałem cię.
- Naprawdę? Szukałeś mnie na parkingu, kiedy powiedziałam ci, że będę na górze z Helize?
Zane chce złapać mnie za rękę, ale ją zabieram. Lekko marszczy brwi. – Co jest z tobą?
- Nic – mówię gniewnie. – Dobrze się bawiłeś z Marissą?
- Nie bardzo. Po prostu odprowadziłem ją do samochodu, bo bała się iść sama.
Rozglądam się po dobrze oświetlonym parkingu, patrząc na drzwi budynku znajdujące się dosłownie pięć stóp dalej. – Mhm – mówię, moje słowa ociekają sarkazmem. – To zupełnie wiarygodne.
Zane wzdycha niemal niepostrzeżenie, przeciągając dłonią po włosach. – Niespecjalnie. Chciała tylko do mnie zarywać.
Moja krew zmienia się w lód, podczas gdy głowa mi eksploduje. – Ta fałszywie-miła suka!
- To podsumowuje te sytuację.
- Och, wiesz co? Nawet nie próbuj! Cały wieczór ją zachęcałeś! – krzyczę, wyrzucając ramiona w powietrze.
Zane patrzy na mnie z niedowierzeniem. – Żartujesz sobie?
- Spędziłeś z nią więcej czasu, patrząc na jej sukienkę, niż ze mną!
Wydaje zirytowany dźwięk nisko w gardle. – Próbowałem być miły – warczy. – Nigdy jej nie dotknąłem. I tak, patrzyłem – pchała mi się w twarz! Tylko patrzyłem. Od kiedy to przestępstwo?
Im więcej mówi, tym wścieklejsza się staję. Czuję jakby złamała się we mnie jakaś tama i czerwona mgła osiada mi przed oczami.
- Ta, masz szczęście, że to nie przestępstwo, bo zostałbyś dożywotnio zamknięty!
Zane przygląda mi się ostrożnie. – Czy w ogóle chcę wiedzieć o czym mówisz?
- Jakbyś nie wiedział! – wrzeszczę. – Wiesz, przez te wszystkie dziewczyny, z którymi flirtujesz tuż przede mną, muszę się zastanawiać o ile więcej ich jest, kiedy nie ma mnie w pobliżu!
Zane wygląda jakby zaczynała go boleć głowa. – Poczekaj, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie chcesz żebym patrzył ani rozmawiał z innymi dziewczynami?
Słyszę jak brzmię, naprawdę. Po prostu nie potrafię zatrzymać szalonego pociągu, którym stały się moje usta.
- Masz rację – mówię. – Możesz robić cokolwiek chcesz, spać ze wszystkimi zdzirowatymi recepcjonistkami…
- Violet. – Zane wyciąga do mnie rękę.
Odsuwam się ze wściekłością. – Bo jesteśmy dla siebie nikim. To, że dałeś mi diamentową bransoletkę nic nie znaczy. Prawdopodobnie rozdajesz je jak cukierki. Choć tę możesz sobie wziąć. Nie chcę jej!
Zabieram się za zdjęcie bransoletki, bym mogła nią w niego rzucić.
Głupie, małe zapięcie!
Próbuję przez dobre pół minuty ściągnąć cholerną rzecz. Sfrustrowana, wzdycham wybuchowo i patrzę gniewnie na Zane’a. – Dobra, wyślę ci ją pocztą!
Odwracam się na pięcie i odchodzę, tupiąc nogami. Robię tylko parę kroków, kiedy Zane łapie mnie od tyłu, przyciskając ramiona do moich boków. Trzyma mnie mocno przy swoim ciele, kiedy bezużytecznie walczę.
- Więc co? Już nie chcesz mnie widzieć przez coś, co myślisz, że zrobiłem? – Jego miękki oddech łaskocze mnie w szyję.
- Tak – odpowiadam gniewnie. Czy czuje, że moje serce bije niepokojąco szybko? Mam nadzieję, że nie.
- Nie sądzę – szepcze Zane. – Zadzwoń, kiedy przejdzie ci twój napad złości, dziewczynko.
Wściekle sztywnieję. On całuje mnie w szyję, zanim mnie puszcza. Moje ciało już tęskni za jego ciepłem i siłą.
Każę mu się zamknąć. Obracając się, oburącz pokazuję mu środkowy palec.
- Nie spodziewaj się zbyt wiele! – krzyczę.

Tak. Jak dziewczynka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz