Ślub mamy…
Dzień zaczyna się pochmurnie z chłodnym wiaterkiem. Mama wariuje,
zmartwiona, że będzie padać, chociaż planerka ślubu zapewnia ją, że z łatwością
mogą przenieść ceremonię do wielkiej sali, jeśli choć maleńka kropelka deszczu
odważy się spaść.
Ona doprowadza mnie do szału. Mama – nie planerka ślubu. Nie
pozwala mi odejść od niej nawet na minutę. Jest absurdalnie podenerwowana i
trzęsie się jak liść.
Wygląda pięknie, mimo nerwów. Mama ma na sobie prostą, obcisłą
białą suknię do kolan, która nie miażdży jej delikatnej figury. Ma minimalny i
naturalny makijaż, jej jasne włosy upięte są białą lilią. Uwielbiam jej
klasyczny, elegancki styl. Tego chcę na własnym ślubie. Przypuszczając, że
kiedykolwiek wyjdę za mąż.
Ślub odbywa się w Woodburn Estates, w ogrodzie. Żywe, egzotyczne
kwiaty kwitną wszędzie i kolorowe, migoczące lampki są subtelnie przesnute
przez gałęzie i zawinięte wokół staroświeckich lamp. Wielka, biała altana
ogrodowa rozlewa się w światłach i kwiatach, a Jeri, planerka ślubu, informuje
nas, że większość gości została usadzona.
- Wyglądasz tak ślicznie, Violet – mówi mama z oczami pełnymi łez.
- Nie płacz – ostrzegam ją, podając jej chusteczkę na wszelki
wypadek. – I dzięki. Ty też wyglądasz cudownie.
Ostrożnie ociera kąciki oczu, potem macha lekceważąco ręką. –
Dzięki, kochanie. W moim wieku mam tylko nadzieję, że nie wyglądam zbyt
śmiesznie. Och, widziałaś Jane? Znalazłam kolczyki, które może pożyczyć.
Biorę moją komórkę i proszę Jane, żeby przyszła do naszego domku.
Potem po raz piąty piszę do Lauren.
Ja: Czy on już jest?
Lauren: Nie widziałam go. Nie
martw się, będzie tutaj!
Wzdycham. Zane nie może przegapić ślubu. Zabiję go, jeśli to
zrobi.
Odwracając swoją uwagę, patrzę na moje odbicie w lustrze. Kocham
moją sukienkę. To ciemnoniebieski dżersejowy materiał bez ramiączek ze spódnicą
do kolana. Mam włosy rozpuszczone w luźnych lokach, jedna strona podpięta jest
błyszczącą klamerką zrobioną przez moją babcię. Chciałabym założyć bransoletkę
Zane’a, ale dziś na pewno nie chcę mieć skupionej uwagi na moim nadgarstku.
Dla odmiany czuję się wyrafinowanie i elegancko. Zastanawiam się,
co on o mnie pomyśli. Będzie bardzo trudno udawać, że jest tylko moim przyszłym
przyrodnim bratem. Jak ja to zrobię przed całą rodziną? Co jeśli znowu wypalę
coś nieprzyzwoitego? Mogę to zrobić – wiadomo, że tak się zdarzało.
Niepokój i wątpliwości krążą mi po głowie, aż jestem tak
zdenerwowana jak mama. Stoimy przy oknie, trzęsąc się jak liście na wietrze i
podskakując, kiedykolwiek ktoś próbuje z nami porozmawiać. Potem mama dławi się
cukierkiem miętowym, a ja niepotrzebnie wykonuję na niej zabieg Heimlicha –
niepotrzebnie, ponieważ wypluwa cukierka, jak tylko zaczyna się krztusić. Na
szczęście nie złamałam jej żadnego żebra i kończymy na histerycznym śmiechu.
Nie jestem pewna dlaczego.
Zanim jesteśmy gotowe, Jane i Jeri prowadzą nas do altany. W
drodze piszę do Lauren.
Ja: Widzisz go??
Lauren: Tak. I wow!
Ja: Wow co???
Lauren: Zobaczysz.
Ugh! Jakbym nie miała dosyć nerwów! I czemu Jeri mnie popycha?
Odpycham jej dłonie, zirytowana.
- Idź, Violet! – syczy.
Mocno mnie popycha i nagle potykam się w przejściu, a każdy w
rzędach krzeseł odwraca się, żeby na mnie spojrzeć.
Potykam się tylko dwa razy, co jest niesamowite, biorąc pod uwagę
te trzycalowe obcasy. Kurczowo trzymając mój bukiet, koncentruję się na
przemierzeniu przejścia.
Ledwie widzę uśmiechające się twarze rodziny i przyjaciół, ledwie
dostrzegam Billa, wyglądającego elegancko i nieswojo, czekając w altanie. Mój
wzrok jest całkowicie skupiony na pięknym chłopaku w garniturze, wyprostowanym
i wysokim przy Billu.
Jest cudowny, najdoskonalsza rzecz, jaką widziałam w moim życiu.
Tak łatwo elegancki i seksowny, zdaje się być dla mnie nietykalny.
I ten bóg jest moim chłopakiem!
Zane przygląda mi się, jak idę przejściem ze śladem uśmiechu na
nieopisanie pięknej twarzy. Nie mogę powstrzymać własnego wielkiego uśmiechu.
Zajmuję moją pozycję, pochłonięta przyjemnym uczuciem radości. Jestem taka
wdzięczna za bycie tutaj w tej chwili.
Muszę oderwać uwagę od Zane’a, żeby zobaczyć jak wchodzi mama.
Zaczynamy.
Daleko mi do sentymentalnego typu, ale odpycham łzy, gdy mama i
Bill wymieniają się przysięgami. Jego jest śmiesznie prosta, ale zadurzony
wyraz jego twarzy mówi wszystko. Mamy jest o wiele bardziej wymyślna, łzy
spływają swobodnie, jak wyraża wdzięczność do swojego życia, jej rodziny… i
mężczyzny stojącego obok niej. Ci, którzy wiedzą, przez co przeszła, płaczą
razem z nią.
Jestem w tej chwili taka szczęśliwa i dumna z niej.
W oszołomieniu zdaję sobie sprawę, że już koniec. Zane sięga po
moje ramię i prowadzi mnie przejściem. Podpiera większość mojej wagi, za co
jestem super wdzięczna. Jestem emocjonalnym bałaganem i nie sądzę, że
poradziłabym sobie sama.
- Teraz oficjalnie jesteś moją siostrą przyrodnią – mówi kącikiem
ust. – Czy to nieodpowiednie powiedzieć ci jak wyglądasz cholernie pięknie i
seksownie w tej chwili?
Śmieję się drżąco. – Nie bardziej niż moje powiedzenie tobie, że
chciałabym zerwać z ciebie ten garnitur zębami.
Zane odchyla głowę, śmiejąc się.
Nie wiem czemu. Nie żartuję.
Przyjęcie weselne jest wewnątrz, w sali balowej udekorowanej
ślubnymi kolorami błękitu i srebra. Mnóstwo świec ustawionych było na cudownych
żyrandolach z migotliwymi światełkami. Jest magicznie, a ja nie potrafię się
tym cieszyć.
Staję obok Lauren, gotując się ze złości. Powinnam być z Zanem,
ale nie jestem. Dlaczego? Bo postanowiliśmy, że nie możemy być tak blisko i
zdołać trzymać od siebie ręce. Lauren także potwierdza, że napięcie seksualne
między nami jest takie oczywiste, że ona czuje,
że musi wziąć zimny prysznic.
I dlatego właśnie moja zdzirowata kuzynka Taylor jest przyciśnięta
do boku Zane’a zamiast mnie.
Taylor obecnie jest Miss Nevady. Wiem, że jest krewną, ale
nienawidzę jej do szpiku kości. Nienawidzę ciotki Barb i wuja Mike’a za wychowanie
takiej ładnej dziwki. Nie cierpię tego, że nikt jej nie powie, że jest to
przyjęcie ślubne, nie burdel.
- Znowu dotyka jego ramienia! – warczę. – Ta… ugh! Uważasz, że
jest ładniejsza ode mnie?
- Nie wiem – mówi zmęczonym głosem Lauren, dziobiąc w kurczaku. –
Ty masz większe cycki.
Ledwie ją słyszę. – O, spójrzcie na mnie! Jestem Miss Nevady, hi hi! Och, Zane, jesteś taki silny. Och, nie mogę trzymać przy sobie
rąk, bo jesteś taki… och, i znowu to zrobię, przesunę ręką po twoim torsie. Bo
jestem latawicą! Tak zostałam Miss Nevady, jeden lo…
- V – przerywa mi Lauren. – Po prostu idź tam.
- Nie mogę – odpowiadam. – Wiesz, że nie możemy ryzykować. Czy ty
właśnie wymiotowałaś do serwetki?
Składa wspomnianą serwetkę i kładzie ją na talerzu, krzywiąc się.
– Mój żołądek jest trochę niespokojny.
- Nic ci nie jest? Nie jesteś w ciąży, co nie? – mówię,
chichocząc. Bo to jest Lauren i niemożliwe, żeby…
Nic nie odpowiada, uważając, aby nie patrzeć mi w oczy.
Opada mi szczęka. – O mój Boże – sapię.
Chwytam ramię Lauren i ciągnę ją do łazienki. W środku odsuwa się
i zamyka się w kabinie. Chwilę później dźwięki wymiotów sięgają moich uszów.
Biorę pęk ręczników papierowych i je moczę.
Lauren w końcu wychodzi z kabiny, spocona i blada. Pomagam jej
umyć się, potem wybiegam, żeby przynieść jej butelkę wody.
Kiedy wracam, opiera się o blat, oczy ma czerwone i mokre.
- Dobra – zaczynam ostrożnie. – Żeby się upewnić – jesteś w ciąży?
Pochyla głowę. – Tak.
Nie mogę w to uwierzyć! Mrużąc oczy, uważnie przyglądam się jej.
Wygląda tak samo – może szczuplej. I wygląda na zmęczoną.
Lauren jest w ciąży. Jak to
możliwe?!
- Więc… ile tygodni? – pytam niepewnie.
- Dziewięć – odpowiada ponuro.
- Co takiego? Jak? Kim jest ojciec? Skopię mu tyłek!
Odsuwa włosy z twarzy. – Tak jakby spotykałam się z kimś. Nigdy ci
nie powiedziałam, bo… sama nie wiem. To skomplikowane. I nie, jeszcze ci nie
powiem, kim on jest. Dopóki nie powiem mu o dziecku. I nie próbuj zgadywać, kim
on jest!
Milion pytań jest na końcu mojego języka, ale przełykam je. – Czy
ty… co zamierzasz zrobisz, wiesz?
Lauren opuszcza ramiona. – Nie wiem. Nie chcę opiekować się
kolejnym dzieckiem. Przecież praktycznie wychowuję Briannę. Ja… po prostu nie
wiem.
Nabieram głębokiego tchu, ostrożnie dobierając słowa. – Wiesz, że
są opcje, jeśli nie chcesz go zatrzymać. A cokolwiek zadecydujesz, pomogę ci. Z
czymkolwiek, czego będziesz potrzebować. Hej, jeśli postanowisz zatrzymać
dziecko, mogę być ciocią Violet!
Chociaż to niepraktyczne, mogłam wyobrazić sobie nas wychowujące
dziecko. Ja byłabym fajną opiekunką. Mogłybyśmy pójść do reality show! Kocham
dzieci!
Lauren jedynie rzuca mi spojrzenie. – Jeszcze nie wiem, co zrobię.
Chyba najpierw porozmawiam z ojcem. I wciąż muszę powiedzieć mojej matce.
- Okej, a byłaś już u lekarza?
Znowu wygląda jakby było jej niedobrze. – Nie. Już nie jestem na
planie mamy.
O tak. Poklepuję ją po ramieniu. – Możemy poszukać w Internecie
jakichś źródeł. Jestem pewna, że jest tam wiele ciężarnych dziewczyn. Jak wrócę
do domu to poszukam.
- Dzięki. – Kiwa słabo głową. – Um… możemy później o tym pogadać?
Myślę, że pojadę do domu i odpocznę. Pogratuluj ode mnie swojej mamie, dobrze?
- Jasne. Chcesz, żebym cię odwiozła? – pytam.
- Nie, w porządku, zadzwonię do mojej mamy. Ale dzięki.
Po szybkim spojrzeniu w lustro, aby upewnić się, że wygląda
przyzwoicie, Lauren kieruje się do drzwi. Otwiera je, po czym waha się i
odwraca do mnie. – Idź porozmawiać z Zanem – mówi.
Potem wyszła, a ja stoję patrząc na drzwi.
Jestem… sama nie wiem. Wstrząśnięta. Zraniona. Przerażona za
Lauren. Nie mogę uwierzyć, że jest w ciąży. Jeśli był ktoś bardziej dziewiczy
ode mnie, myślałam, że była to ona. Przez cały ten czas, za moimi plecami, ona
to robiła!
Chyba powinnam być zła, że trzymała przede mną w sekrecie cały
związek, ale to jest takie dziwaczne. Lauren jest strasznie prywatną osobą. Nie
lubi mówić o sobie i…
O, chwila! Założę się, że wiem, kim jest ojciec!
Damon Fox, piłkarz. Korepetytowała go od rozpoczęcia roku i
zdawali się bardzo dobrze dogadywać. A związek jest skomplikowany, bo Damon ma
dziewczynę. Shanna coś tam. Jest w naszej klasie hiszpańskiego, choć nigdy z
nią nie rozmawiałam. I Lauren nigdy jej nie lubiła! Raz powiedziała, że myśli,
iż Shanna ma najbardziej mrożący krew w żyłach śmiech, jaki kiedykolwiek
słyszała.
To Damon, wiem to. Lepiej, żeby ją wspierał albo stłukę go na
kwaśne jabłko.
Ale potem co? Wezmą ślub i razem wychowają dziecko? Bardzo w to
wątpię. Lepiej, żeby przynajmniej poparł każdą decyzję, jaką podejmie Lauren.
Boże. Lauren jest w ciąży. Będzie miała dziecko.
Co by się stało, gdyby Zane mnie zaciążył? Nie mam wątpliwości, że
wspierałby mnie bez względu na wszystko. Ale co ja bym zrobiła? Część mnie (i
czuję się okropnie za przyznanie tego) byłaby podekscytowana, żeby mieć jego
dziecko. Jeśli mam być szczera, to duża część.
Dopóki nie pojawia się rzeczywistość i widzę siebie jako samotną
nastolatkę z dzieckiem i większą odpowiedzialnością, niż jestem na to gotowa.
Czując niepokój – i martwiąc się o Lauren – w końcu wychodzę z
łazienki. Chcę porozmawiać z Zanem. Nie powiem mu o Lauren – po prostu muszę go
zobaczyć.
Jestem niezwykle rozdrażniona, znajdując go wciąż w szponach
Taylor. Nigdy jej nie lubiłam. Zwykła ignorować mnie, kiedy byłam gruba, potem
była dla mnie wredna, gdy straciłam wagę.
Nienawidzę tego jak idealnie wyglądają, stojąc razem. Taylor z jej
długimi, miodowymi włosami, dużymi niebieskimi oczami i modelową figurą
całkowicie uzupełnia mroczne piękno i mocną budowę ciała Zane’a. Gdybym teraz
obok nich stała, jakiś fotograf krzyknąłby do kogoś, żeby zabrać pulchną
dziewczynę z magazynowego kadru.
Okej, ale to nie jest pierwszy raz, kiedy muszę odepchnąć od
Zane’a ładną dziewczynę. Nie mam problemu z odciągnięciem Taylor za jej piękne
blond włosy.
Ośmielę się powiedzieć, że spodobałoby mi się to?
O tak, ośmielę.
Zane patrzy jak się zbliżam i uwielbiam sposób, w jakim ten jego
półuśmiech rozświetla jego twarz.
- Cześć, Zane – odzywam się, podchodząc do nich. – Masz chwilę?
- Właściwie, to byliśmy w trakcie czegoś – mówi gniewnie Taylor,
piorunując mnie wzrokiem. Zaborczo kładzie rękę na ramieniu Zane’a.
Och, zaraz będzie brzydko.
- Tak, widziałam. – Przybrałam zmartwioną minę, po czym poufnie
zniżyłam głos. – Oszczędzę ci upokorzenia – on zamierzał dać ci kosza.
Chwytam rękę Zane’a i zaczynam go odciągać.
- Violet! – Taylor gapi się na nas z niedowierzeniem.
Zane wzrusza do niej ramionami. – Ona ma rację.
Ha!
Wyprowadzam Zane’a do ogrodu i do bardziej ustronnego obszaru z
małym stawem. Jest tam łagodnie romantycznie z małymi, kolorowymi światełkami
migoczącymi w skradającej się ciemności i egzotycznym zapachem kwiatów
wypełniających wonią delikatny wiatr.
Z daleka od tłumów opieram się o niego i wdycham jego świeży
zapach. Gdy jesteśmy połączeni, czuję, że wszystko będzie w porządku.
Ramiona Zane natychmiast mnie obejmują. – Co stało się z nie
wychylaniem się? – pyta brzmiąc na rozbawionego.
- Wiem – mówię, głos był stłumiony przy jego torsie. – Po prostu…
tęskniłam za tobą.
- Ja za tobą też. – Czuję, jak całuje mnie w czubek głowy. – Hej,
co jest?
- Nic. Tylko problem, który ma Lauren.
- Mogę jakoś pomóc?
Spoglądam na niego. – Będę mogła potrzebować, żebyś wyciągnął mnie
z więzienia za pobicie kogoś.
- Kogo zamierzasz pobić i dlaczego?
- To dla Lauren i… cóż, nie ja powinnam to mówić.
- Nie bij nikogo – mówi Zane. – Najpierw zadzwoń do mnie. Zajmę
się tym dla ciebie.
- O, co, myślisz, że nie poradziłabym sobie? – Czuję się trochę
oburzona. Prostuję się do mojego pełnego wzrostu 163 centymetrów (170 na
obcasach) i szturcham go w tors. – Wiele przeszłam, człowieku. Zrobiłam kilka
rzeczy.
- O nie, widzę, że jesteś prawdziwą twardzielką. – Zane uśmiecha
się szeroko, przesuwając dłońmi po moich plecach.
- Mogłabym skopać ci tyłek – mówię, przybliżając się do niego.
- Bez wątpienia.
W jakiś sposób zaczęliśmy się całować. Zapomniałam, gdzie jestem –
minęło zbyt wiele czasu odkąd tak dotykaliśmy się. Przyciskam się do niego, a
on obcałowuje moją szyję.
Ochhh, chcę…
- Violet!
Aaaaaaaaugh!! Babcia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz