Leżę,
dysząca i bezwładna jak makaron – i całkowicie oniemiała.
Zane podnosi
głowę, żeby na mnie spojrzeć. Uśmiecha się szeroko na wyraz mojej twarzy. – W
porządku?
Chrząkam,
sprawdzając czy działa mój mózg. – Um. Daj mi minutkę.
Chichocze i
słyszę ten cień męskiego zadowolenia w jego śmiechu. Pozwala mi złapać oddech,
zanim znowu się odzywa.
- Wiesz,
przeczytałem twoje książki – mówi znienacka.
- Ty… - Nie
mogę na niego spojrzeć, nagle czując się niesamowicie bezbronna. – Och.
- Są
naprawdę świetne. Cholernie zabawne i mądre.
Ciepło opada
na mnie jak miękki koc. – Dzięki – mówię nieśmiało. – Ja nie…
Przerywa mi
dźwięk dzwonka do drzwi. Spanikowana, patrzę w stronę drzwi.
Zane
spogląda na mnie. – Spodziewasz się kogoś?
Tak szybko
podnoszę się do pozycji siedzącej, że chyba doznaję urazu kręgosłupa. – O mój
Boże! Mark! – sapię.
- Twoja
randka na kolację?
Gorączkowo
kiwam głową. Zegarek na mikrofalówce pokazuje 18:57. Spuszczam wzrok na moje w
większości nagie ciało. Cholera!
- Wyluzuj –
mówi Zane z leniwym uśmiechem. – Pozbędę się go.
Lustruję go
wzrokiem. Jest bez koszulki, ma odpięte i rozpięte dżinsy. – Nie, wyglądając
jak seksowna reklama Calvina Kleina - nie zrobisz tego.
Chichocze,
ale ku mojej uldze, zapina spodnie. Po drodze zabiera swoją bluzkę. – Lepiej? –
woła przez ramię.
-
Zdecydowanie nie – mówię pod nosem.
Kładę się,
uśmiechając od ucha do ucha. To było niewiarygodne! Więc o to to całe zamieszanie!
A nawet nie mieliśmy seksu – technicznie. Jeżeli prawdziwy seks jest tak dobry
jak nie-seks, to tak, proszę! Wow, czuję się świetnie, trochę bez kości i tak
jakby nieprzyzwoicie – ale w dobry sposób.
Moja
poświata jest szybko ucięta przez odgłos okropnego krzyku.
Dzwonek
mamy!
Spadam z
blatu, rzucając się, aby znaleźć komórkę. Kiedy krzyczę „Cześć!” do telefonu,
zastanawiam się, dlaczego nie pozwoliłam połączeniu pójść do poczty głosowej.
- Hej,
kochanie! Co zamierzasz? – Głos mamy dźwięczy mi do ucha.
Och, nic
takiego. Dopiero co miałam niesamowicie oszałamiające doświadczenie, uprzejmość
twojego przyszłego pasierba.
Ugh!
- Nikogo… to
znaczy, nic! Nic takiego, o to mi chodziło. Jak się masz? Nie powinnaś być
teraz w samolocie?
- Właściwie…
- śmieje się mama. – Dlatego właśnie dzwonię…
- Opóźniony,
co? – wtrącam, rozproszona przez moje wysiłki w próbie ubrania się. Nie mogę
rozmawiać z nią w połowie naga. Czuję się taka brudna.
- Nie, nie!
Tak naprawdę, to wręcz przeciwnie. Bill został wcześnie wezwany do projektu
Starpoint. Pomyślałam, że cię zaskoczę – jesteśmy teraz w drodze do Jane!
- Cholera
jasna! – wrzeszczę. – To… wspaniale.
- Wiem –
odpowiada z podekscytowaniem mama. – Nie mogę się doczekać, żeby cię zobaczyć!
Będziemy tam za dziesięć minut.
Szlag! –
Uch, poczekaj! Nie bardzo jestem… tam u Jane. Fizycznie, o to mi chodzi. –
Wściekle myślę. – Chodzi mi o to, że jestem u Lauren.
- Och, okej
– odpowiada i słyszę zdziwienie w jej głosie na moją dziwaczność. – Bill,
jednak jedź do mojego starego mieszkania. – Słyszę jak mówi.
- Nie,
czekaj! – mówię szybko. – Właściwie, to spędzam tutaj noc. Lauren jest… jest
naprawdę zdenerwowana. Ona, uch, właśnie dowiedziała się, że ma sekretnego
brata przyrodniego.
Co?
Po stronie
mamy następuje długa cisza. – Naprawdę? Wow, to… niespodziewane.
Teraz biję
się w głupią głowę. – Ta, szalone, racja? Um, lepiej pójdę – ona teraz rzuca
rzeczami. Więc zadzwonię do ciebie jutro, dobra? Pa!
- O mój
Boże! O mój Boże!
Zane wraca
do kuchni i obserwuje, jak biegam w spanikowanych kółkach. – Co się dzieje? –
pyta rozbawiony.
Rzucam mu
oszalałe spojrzenie. – Nasi rodzice wrócili! Moja mama myśli, że jestem u
Lauren, więc… muszę tam jechać, w tej chwili!
- Cholera –
mruczy, pocierając ręką twarz. – Cudowne wyczucie czasu.
- Wiem!
Wbiegam do
mojej sypialni i wyciągam bluzkę z torby. W jakiś sposób udaje mi się utknąć w
koszulce – och, próbuję wsadzić głowę w rękaw! W końcu ubieram się prawidłowo,
a gdy obracam się, znajduję Zane’a na progu, jedzącego jabłko i obserwującego
mnie z czymś, co lepiej, żeby nie było wesołością.
- Czy byłoby
tak źle, gdyby twoja mama dowiedziała się o nas? – pyta, opierając łokieć o
framugę.
- Tak –
odpowiadam od razu. – Moja mama jest spoko, ale nie aż tak. Poza tym, już mnie
przed tobą ostrzegła.
- Naprawdę?
Co powiedziała?
Wyciągam z
kontaktu obok łóżka ładowarkę do telefonu i wpycham ją do torebki. –
Powiedziała, żeby nie zakochiwać się w tobie, bo jedynie złamiesz mi serce –
ostatecznie odpowiadam.
- Huh. –
Znowu wgryza się w jabłko.
Zabieram moje
torby i torebkę, po czym przepycham się obok niego. Robię parę kroków, kiedy
łapie mnie od tyłu i odwraca twarzą do siebie.
- Co…? -
zaczynam mówić.
Zane
przyciąga mnie do siebie i nasze usta spotykają się z gwałtownością, która
wytrąca z równowagi moje zmysły. Upuszczam moje rzeczy i obejmuję go ramionami,
spotykając jego intensywność z moim własnym ogniem.
On pierwszy
się odrywa. Jestem absurdalnie zadowolona widząc, że jego oczy są lekko
nieskupione i ciężko oddycha.
- Twoja mama
ma rację – mówi, niemal pod nosem. Bierze moje torby, jakby nic nie ważyły i
idzie do drzwi wejściowych.
Oszołomiona,
podnoszę torebkę i podążam za nim.
Tak bardzo
boję się, że wpadnę na mamę i Billa, jak opuszczam dom, że prawie zjeżdżam z
drogi – dwa razy! W drodze szybko wysyłam wiadomość do Lauren, żeby dać jej
znać, co się dzieje. Jak prawdziwa najlepsza przyjaciółka, obiecuje mieć
czekające przekąski, kiedy tam dotrę.
Na szczęście
to ona otwiera drzwi, gdy pukam. Lustruje mnie wzrokiem i wybucha śmiechem.
- Wiem! –
mówię, podając jej moją torebkę. Bierze ją i zaprasza mnie do mieszkania.
- Wyglądasz
jak następstwo huraganu – mówi, dalej podśmiewając się, jak prowadzi drogę do
jej sypialni.
Ostrożnie
się rozglądam. Część pokoju bliźniaczek jest obszarem klęski żywiołowej. Mogłyby
obydwie ukrywać się pod stertami ubrań wszędzie porozrzucanymi a ja bym tego
nie wiedziała, dopóki nie pokazałaby swoich rudych główek i krzyknęły: Buuu!
Lauren widzi
moje spojrzenie i uśmiecha się. – Nie martw się – mówi, kładąc moją torebkę na
jej bezlitośnie zorganizowanym biurku. – Dzisiaj nocują u kogoś.
-
Fantastycznie – wzdycham i opadam na jej łóżko. Ulegam kolejnemu przymusowi,
żeby sprawdzić komórkę czy są jakieś wiadomości od Zane’a, które mogłam
przegapić w drodze tutaj.
Nie ma nic.
Zostawiłam go piętnaście minut temu. Czemu miałby do mnie napisać? Jestem
głupia.
- Więc
dlaczego masz na sobie bluzkę Sponge Boba? – Chce wiedzieć Lauren. – Co się
stało z tą nową, którą miałaś wcześniej?
- O… um… -
Zakrywam czerwone policzki rękami. – Zane tak jakby… ją rozerwał.
Brązowe oczy
Lauren komicznie się powiększają. – Powinnam iść po popcorn?
Potakuję
słabo. – I czekoladę.
Opowiadam
jej niemal wszystko. Siedzimy na jej łóżku, chrupiąc przekąski i jest ona tak
oczarowana moim opisem, że nawet nie krzyczy na mnie o okruchy.
- Wow –
mówi, kiedy skończyłam. – To takie… gorące.
- Prawda? –
wzdycham i wrzucam kawałek czekolady do ust, ledwo go smakując.
Lauren
podaje mi serwetkę. – Dobra, ale co z tym komentarzem, że twoja mama ma rację?
Czy on przyznaje, że złamie ci serce?
Wyrzucam
ręce w powietrze. – Oczywiście, że złamie mi serce. Wiem, że, realistycznie,
takie rzeczy nigdy nie wychodzą. Wciąż jestem w liceum, a on ma życie i pracę w
L.A. Nawet nie potrafię wyobrazić sobie scenariusza, gdzie jesteśmy razem.
Prawda?
Nie odzywa
się przez chwilę, potem wzrusza ramionami. – Mogłoby się to zdarzyć. Pójdziemy
na studia, zanim się zorientujesz, a ty chcesz iść do UCLA[1], co nie?
Macham na
nią ręką. – Do tego jest wiele miesięcy – do tego czasu zapewne nie będziemy
już razem. Czemu miałby on ze mną zostać? Wiesz, z iloma dziewczynami był Zane?
Wieloma. Wieloma.
Jest
zaskoczona moją gwałtownością. – V, czy ty się w nim zakochujesz?
- Nie! Co?
Nie… - śmieję się z trudem i przesuwam nerwową ręką przez włosy. – Po prostu…
lubię go.
- Okej. –
Lauren wycofuje się i siada na krześle biurkowym. – Więc… co teraz? Umawiacie
się ze sobą? Będziecie się podkradać i spotykać?
Automatycznie
sprawdzam komórkę w dłoni czy jest wiadomość. Nic. – Sama nie wiem, Lauren.
Sądzę, że ja chyba… nie wiem. Poczekam i zobaczę, jak sądzę.
Osobiście
szydzę z terminu „umawianie”. To po prostu zbyt niedojrzały i… i słaby termin
na określenie mojego związku z Zanem. To co wydarzyło się między nami było zbyt
intensywnym doświadczeniem, żeby być tak przyziemnie określonym.
Albo
idealizuję coś, co jest w gruncie rzeczy przelotną przygodą. Tak, zapewne to
to.
Ale jednak.
Wyrazu oczu Zane’a, kiedy całowaliśmy się. Chcę wierzyć, że to co w nich
widziałam było czymś więcej niż tylko pożądaniem. Czy tak było?
Nie wiem.
Chciałabym, żeby zadzwonił. Bardziej niż cokolwiek innego, pragnę usłyszeć jego
głos, zapewniający mnie, że to co się wydarzyło nie było błędem i że znowu się
zobaczymy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz