11.3.14

Rozdział 14

Leżę, dysząca i bezwładna jak makaron – i całkowicie oniemiała.
Zane podnosi głowę, żeby na mnie spojrzeć. Uśmiecha się szeroko na wyraz mojej twarzy. – W porządku?
Chrząkam, sprawdzając czy działa mój mózg. – Um. Daj mi minutkę.
Chichocze i słyszę ten cień męskiego zadowolenia w jego śmiechu. Pozwala mi złapać oddech, zanim znowu się odzywa.
- Wiesz, przeczytałem twoje książki – mówi znienacka.
- Ty… - Nie mogę na niego spojrzeć, nagle czując się niesamowicie bezbronna. – Och.
- Są naprawdę świetne. Cholernie zabawne i mądre.
Ciepło opada na mnie jak miękki koc. – Dzięki – mówię nieśmiało. – Ja nie…
Przerywa mi dźwięk dzwonka do drzwi. Spanikowana, patrzę w stronę drzwi.
Zane spogląda na mnie. – Spodziewasz się kogoś?
Tak szybko podnoszę się do pozycji siedzącej, że chyba doznaję urazu kręgosłupa. – O mój Boże! Mark! – sapię.
- Twoja randka na kolację?
Gorączkowo kiwam głową. Zegarek na mikrofalówce pokazuje 18:57. Spuszczam wzrok na moje w większości nagie ciało. Cholera!
- Wyluzuj – mówi Zane z leniwym uśmiechem. – Pozbędę się go.
Lustruję go wzrokiem. Jest bez koszulki, ma odpięte i rozpięte dżinsy. – Nie, wyglądając jak seksowna reklama Calvina Kleina - nie zrobisz tego.
Chichocze, ale ku mojej uldze, zapina spodnie. Po drodze zabiera swoją bluzkę. – Lepiej? – woła przez ramię.
- Zdecydowanie nie – mówię pod nosem.
Kładę się, uśmiechając od ucha do ucha. To było niewiarygodne! Więc o to to całe zamieszanie! A nawet nie mieliśmy seksu – technicznie. Jeżeli prawdziwy seks jest tak dobry jak nie-seks, to tak, proszę! Wow, czuję się świetnie, trochę bez kości i tak jakby nieprzyzwoicie – ale w dobry sposób.
Moja poświata jest szybko ucięta przez odgłos okropnego krzyku.
Dzwonek mamy!
Spadam z blatu, rzucając się, aby znaleźć komórkę. Kiedy krzyczę „Cześć!” do telefonu, zastanawiam się, dlaczego nie pozwoliłam połączeniu pójść do poczty głosowej.
- Hej, kochanie! Co zamierzasz? – Głos mamy dźwięczy mi do ucha.
Och, nic takiego. Dopiero co miałam niesamowicie oszałamiające doświadczenie, uprzejmość twojego przyszłego pasierba.
Ugh!
- Nikogo… to znaczy, nic! Nic takiego, o to mi chodziło. Jak się masz? Nie powinnaś być teraz w samolocie?
- Właściwie… - śmieje się mama. – Dlatego właśnie dzwonię…
- Opóźniony, co? – wtrącam, rozproszona przez moje wysiłki w próbie ubrania się. Nie mogę rozmawiać z nią w połowie naga. Czuję się taka brudna.
- Nie, nie! Tak naprawdę, to wręcz przeciwnie. Bill został wcześnie wezwany do projektu Starpoint. Pomyślałam, że cię zaskoczę – jesteśmy teraz w drodze do Jane!
- Cholera jasna! – wrzeszczę. – To… wspaniale.
- Wiem – odpowiada z podekscytowaniem mama. – Nie mogę się doczekać, żeby cię zobaczyć! Będziemy tam za dziesięć minut.
Szlag! – Uch, poczekaj! Nie bardzo jestem… tam u Jane. Fizycznie, o to mi chodzi. – Wściekle myślę. – Chodzi mi o to, że jestem u Lauren.
- Och, okej – odpowiada i słyszę zdziwienie w jej głosie na moją dziwaczność. – Bill, jednak jedź do mojego starego mieszkania. – Słyszę jak mówi.
- Nie, czekaj! – mówię szybko. – Właściwie, to spędzam tutaj noc. Lauren jest… jest naprawdę zdenerwowana. Ona, uch, właśnie dowiedziała się, że ma sekretnego brata przyrodniego.
Co?
Po stronie mamy następuje długa cisza. – Naprawdę? Wow, to… niespodziewane.
Teraz biję się w głupią głowę. – Ta, szalone, racja? Um, lepiej pójdę – ona teraz rzuca rzeczami. Więc zadzwonię do ciebie jutro, dobra? Pa!
- O mój Boże! O mój Boże!
Zane wraca do kuchni i obserwuje, jak biegam w spanikowanych kółkach. – Co się dzieje? – pyta rozbawiony.
Rzucam mu oszalałe spojrzenie. – Nasi rodzice wrócili! Moja mama myśli, że jestem u Lauren, więc… muszę tam jechać, w tej chwili!
- Cholera – mruczy, pocierając ręką twarz. – Cudowne wyczucie czasu.
- Wiem!
Wbiegam do mojej sypialni i wyciągam bluzkę z torby. W jakiś sposób udaje mi się utknąć w koszulce – och, próbuję wsadzić głowę w rękaw! W końcu ubieram się prawidłowo, a gdy obracam się, znajduję Zane’a na progu, jedzącego jabłko i obserwującego mnie z czymś, co lepiej, żeby nie było wesołością.
- Czy byłoby tak źle, gdyby twoja mama dowiedziała się o nas? – pyta, opierając łokieć o framugę.
- Tak – odpowiadam od razu. – Moja mama jest spoko, ale nie aż tak. Poza tym, już mnie przed tobą ostrzegła.
- Naprawdę? Co powiedziała?
Wyciągam z kontaktu obok łóżka ładowarkę do telefonu i wpycham ją do torebki. – Powiedziała, żeby nie zakochiwać się w tobie, bo jedynie złamiesz mi serce – ostatecznie odpowiadam.
- Huh. – Znowu wgryza się w jabłko.
Zabieram moje torby i torebkę, po czym przepycham się obok niego. Robię parę kroków, kiedy łapie mnie od tyłu i odwraca twarzą do siebie.
- Co…? - zaczynam mówić.
Zane przyciąga mnie do siebie i nasze usta spotykają się z gwałtownością, która wytrąca z równowagi moje zmysły. Upuszczam moje rzeczy i obejmuję go ramionami, spotykając jego intensywność z moim własnym ogniem.
On pierwszy się odrywa. Jestem absurdalnie zadowolona widząc, że jego oczy są lekko nieskupione i ciężko oddycha.
- Twoja mama ma rację – mówi, niemal pod nosem. Bierze moje torby, jakby nic nie ważyły i idzie do drzwi wejściowych.
Oszołomiona, podnoszę torebkę i podążam za nim.

Tak bardzo boję się, że wpadnę na mamę i Billa, jak opuszczam dom, że prawie zjeżdżam z drogi – dwa razy! W drodze szybko wysyłam wiadomość do Lauren, żeby dać jej znać, co się dzieje. Jak prawdziwa najlepsza przyjaciółka, obiecuje mieć czekające przekąski, kiedy tam dotrę.
Na szczęście to ona otwiera drzwi, gdy pukam. Lustruje mnie wzrokiem i wybucha śmiechem.
- Wiem! – mówię, podając jej moją torebkę. Bierze ją i zaprasza mnie do mieszkania.
- Wyglądasz jak następstwo huraganu – mówi, dalej podśmiewając się, jak prowadzi drogę do jej sypialni.
Ostrożnie się rozglądam. Część pokoju bliźniaczek jest obszarem klęski żywiołowej. Mogłyby obydwie ukrywać się pod stertami ubrań wszędzie porozrzucanymi a ja bym tego nie wiedziała, dopóki nie pokazałaby swoich rudych główek i krzyknęły: Buuu!
Lauren widzi moje spojrzenie i uśmiecha się. – Nie martw się – mówi, kładąc moją torebkę na jej bezlitośnie zorganizowanym biurku. – Dzisiaj nocują u kogoś.
- Fantastycznie – wzdycham i opadam na jej łóżko. Ulegam kolejnemu przymusowi, żeby sprawdzić komórkę czy są jakieś wiadomości od Zane’a, które mogłam przegapić w drodze tutaj.
Nie ma nic. Zostawiłam go piętnaście minut temu. Czemu miałby do mnie napisać? Jestem głupia.
- Więc dlaczego masz na sobie bluzkę Sponge Boba? – Chce wiedzieć Lauren. – Co się stało z tą nową, którą miałaś wcześniej?
- O… um… - Zakrywam czerwone policzki rękami. – Zane tak jakby… ją rozerwał.
Brązowe oczy Lauren komicznie się powiększają. – Powinnam iść po popcorn?
Potakuję słabo. – I czekoladę.
Opowiadam jej niemal wszystko. Siedzimy na jej łóżku, chrupiąc przekąski i jest ona tak oczarowana moim opisem, że nawet nie krzyczy na mnie o okruchy.
- Wow – mówi, kiedy skończyłam. – To takie… gorące.
- Prawda? – wzdycham i wrzucam kawałek czekolady do ust, ledwo go smakując.
Lauren podaje mi serwetkę. – Dobra, ale co z tym komentarzem, że twoja mama ma rację? Czy on przyznaje, że złamie ci serce?
Wyrzucam ręce w powietrze. – Oczywiście, że złamie mi serce. Wiem, że, realistycznie, takie rzeczy nigdy nie wychodzą. Wciąż jestem w liceum, a on ma życie i pracę w L.A. Nawet nie potrafię wyobrazić sobie scenariusza, gdzie jesteśmy razem. Prawda?
Nie odzywa się przez chwilę, potem wzrusza ramionami. – Mogłoby się to zdarzyć. Pójdziemy na studia, zanim się zorientujesz, a ty chcesz iść do UCLA[1], co nie?
Macham na nią ręką. – Do tego jest wiele miesięcy – do tego czasu zapewne nie będziemy już razem. Czemu miałby on ze mną zostać? Wiesz, z iloma dziewczynami był Zane? Wieloma. Wieloma.
Jest zaskoczona moją gwałtownością. – V, czy ty się w nim zakochujesz?
- Nie! Co? Nie… - śmieję się z trudem i przesuwam nerwową ręką przez włosy. – Po prostu… lubię go.
- Okej. – Lauren wycofuje się i siada na krześle biurkowym. – Więc… co teraz? Umawiacie się ze sobą? Będziecie się podkradać i spotykać?
Automatycznie sprawdzam komórkę w dłoni czy jest wiadomość. Nic. – Sama nie wiem, Lauren. Sądzę, że ja chyba… nie wiem. Poczekam i zobaczę, jak sądzę.
Osobiście szydzę z terminu „umawianie”. To po prostu zbyt niedojrzały i… i słaby termin na określenie mojego związku z Zanem. To co wydarzyło się między nami było zbyt intensywnym doświadczeniem, żeby być tak przyziemnie określonym.
Albo idealizuję coś, co jest w gruncie rzeczy przelotną przygodą. Tak, zapewne to to.
Ale jednak. Wyrazu oczu Zane’a, kiedy całowaliśmy się. Chcę wierzyć, że to co w nich widziałam było czymś więcej niż tylko pożądaniem. Czy tak było?
Nie wiem. Chciałabym, żeby zadzwonił. Bardziej niż cokolwiek innego, pragnę usłyszeć jego głos, zapewniający mnie, że to co się wydarzyło nie było błędem i że znowu się zobaczymy.



[1] UCLA (University of California, Los Angeles) – Uniwersytet Kalifornijski, kampus Los Angeles

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz