11.3.14

Rozdział 33

Następnego ranka jestem w kuchni, ospale jedząc tartę krówkową, kiedy wchodzi Bill.
Wygląda na zaskoczonego moim widokiem i przez chwilę wydaje się, że odwróci się i wyjdzie.
Przyglądam się jak wewnętrznie walczy ze sobą przez parę minut. To zabawne, jak przesuwa spojrzeniem ode mnie do drzwi, obracając głową tam i z powrotem, aż chce mi się wziąć wskaźnik laserowy i poświecić nim mu w oczy. W końcu odzywa się do mnie.
- Cześć, Violet – mamrocze niechętnie.
- Dzień dobry, Bill – odmrukuję.
Stoi w miejscu, pocierając kark. Patrząc na niego, zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest podobny do niego Zane. Jako Aiden Cross. Zabawne, że wcześniej tego nie zauważyłam. Ha ha.
- Przykro mi – odzywa się nagle, zaskakując mnie. – W tej sprawie z Zanem. Nie zdawałem sobie sprawy, że wy dwoje byliście… razem. Powinienem powiedzieć mu, żeby trzymał się od ciebie z daleka…
- W porządku, Bill. – Uśmiecham się słabo. – Zane próbował trzymać się na dystans. Ja mu nie pozwoliłam.
- Och – mówi, wyglądając – jeśli to możliwe – na jeszcze bardziej zakłopotanego.
Odwraca się w połowie, jakby miał wyjść, po czym niezręcznie obraca się z powrotem.
- Zane to dobry chłopak – mówi szybko. – Bycie Aidenem Crossem jest – czasami jest to dla niego trudne. To… to nie nim tak naprawdę jest. Tak naprawdę jest… jest Zanem. Kiedy… uch, nigdy nie pozwolił nikomu poznać prawdziwego jego, chyba że naprawdę na komuś mu zależało. Ja… może on… sądzę, że cię wpuścił.
Słodkie, bełkotliwe małe przemówienie Billa sprawia, że chcę go przytulić, nawet jeśli nie jestem całkiem pewna, co stara się przekazać.
- Dzięki, Bill – mówię. Tym razem posyłam mu bardziej szczery uśmiech.
Odwzajemnia uśmiech, szybko i z ulgą. Potem obraca się i wychodzi.
To było miłe. Zastanawiam się jak porozumiewają się z mamą, kiedy oboje są tacy niezręczni i nieartykułowani. Gdy już poznałam i mieszkałam z Billem, po prostu nie mogę wyobrazić sobie jak zmiótł ją z nóg, tak jak twierdziła. Zgaduję, że bycie zamkniętym w windzie przez dwie godziny wydobyło z niego romantyczną bestię.
Huh. Może potajemnie jest gładki w obyciu. Zane musi skądś to mieć.
Zane.
Mój apetyt całkowicie zniknął, wyrzuciłam do kosza ledwie co skubniętą tartę i wróciłam na górę, żeby popłakać.

Kolejnego ranka budzę się z okropnym bólem głowy. Piszę do Lauren, żeby dać jej znać, że nie idę do szkoły, a ona odpisuje mi, że ma nadzieję, że poczuję się lepiej i żebym nie martwiła się o jej podwiezienie – jej mamy nie będzie przez parę dni, więc może użyć samochód.
Czując ulgę, wyłączam komórkę i rzucam ją… gdzieś. Potem chowam głowę pod kołdrą i poddaję bólowi walącemu w głowie.
Następnego dnia czuję się jak ocalała krwawej wojny, ale czuję się wystarczająco dobrze, żeby iść do szkoły.
Jestem strasznie spóźniona. Narzucam starą, podartą koszulkę i długą, niebieską spódniczkę, która pojawiła się pewnego dnia w mojej szafie, pochodzenia nieznanego.
Gdzie mój telefon? Przypominam sobie, że gdzieś go rzuciłam zeszłej nocy. Cholera, nie mam czasu, żeby go szukać. Przynajmniej dzisiaj nie muszę podjeżdżać po Lauren.
Najpierw myślę, że to tylko moja paranoidalna wyobraźnia, że ludzie gapią się i szepczą o mnie, ale pod koniec pierwszej lekcji jestem gotowa zacząć krzyczeć na wszystkich gapiących się idiotów. Czy Kim opowiedziała o Zanie?
- Co? – mówię do Chelsea Lopez, która ma szafkę obok mnie. – Czemu ludzie się na mnie gapią? Co się dzieje?
Chelsea wygląda na zaskoczoną, że do niej mówię. Do tej pory wymieniałyśmy się tylko uśmiechami i powitaniami.
- Chyba wszyscy myślą, że masz poufne informacje – odpowiada ostrożnie.
Jestem skonsternowana. – Jakie poufne informacje?
Chelsea odsuwa swoje jasnobrązowe włosy i śmieje się niekomfortowo. – O Lauren i panu Jensenie – mówi, jakbym powinna wiedzieć.
- Lauren i panu Jensenie? Co z nimi?
Teraz naprawdę wygląda na zakłopotaną. – To ty naprawdę nie wiesz?
Mocno ściskam krawędzie mojego folderu. Lodowate bryłki tworzą się w moim żołądku. – Proszę, po prostu mi powiedz.
- Ummm… znasz Alissę Shermer? Przyłapała Lauren i pana Jensena całujących się w jego samochodzie wczoraj rano.
- Co takiego?!
Lauren… i pan Jensen??? Okej… co?! Co u diabła?! To nie może być prawda. Ona nawet go nie lubi! Lauren nigdy by nie…
Wtem nagle przychodzi mi do głowy okropna myśl.
- Muszę iść – mówię gwałtownie, obracając się na pięcie.
Dostrzegam Damona kierującego się na jego lekcję angielskiego. Chwytam go za ramię, żeby przyciągnąć jego uwagę. Natychmiast odsuwa się ode mnie, wyglądając na zaniepokojonego.
- O co ci chodzi? – pyta nerwowo.
Piorunuję go wzrokiem. – Spotykałeś się z Lauren?
Damon wytrzeszcza oczy. – Do diabła, nie. Mam dziewczynę. Poza tym słyszałem, że twoja koleżanka Lauren interesuje się starszymi mężczyznami…
Niecierpliwie potrząsam głową. – Czemu zawsze wyglądasz na winnego, za każdym razem, jak cię widzę?
Pociera się po tyle głowy – z poczuciem winy. – Uch, myślałem, że dowiedziałaś, że to ja rozpowszechniłem plotkę o twoich nagich zdjęciach w Internecie.
- Jakich nagich… nieważne, nie chcę wiedzieć.
Odwracam się, żeby odejść, ale zanim idę, obracam się i walę go w ramię. – Przestań rozpowszechniać o mnie plotki! Dupek.
Wyszłabym po prostu ze szkoły, ale już i tak jestem na cienkim lodzie z mamą. Więc idę prosto do gabinetu pielęgniarki i udaję migrenę. Panna Hahn zna mnie jako wzorową uczennicę, która nigdy nie sprawia kłopotów i od razu jestem posłana do domu. Wiedziałam, że pewnego dnia moja reputacja dobrej dziewczynki na coś się przyda.
Jadę do Lauren, milion myśli pędzi w mojej głowie.
Lauren i pan Jensen? Jak? Dlaczego? Jak mogła mi nie powiedzieć, że jej chłopak jest naszym nauczycielem angielskiego?!
Drzwi otwiera zombie przypominające moją najlepszą przyjaciółkę. Wygląda okropnie! Pod oczami ma wielkie worki i wygląda, jakby nie spała od roku.
- Próbowałam dodzwonić się do ciebie – mówi słabo, wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
- Wyłączyłam komórkę i gdzieś ją rzuciłam – odpieram. – Czy to prawda?
Lauren potakuje ze zmęczeniem. – Tak.
Jej potwierdzenie opada ciężarem na moje serce. – Czy możesz… gdzieś pogadać?
Zerka na swoje mieszkanie. – Nie mogę iść daleko. Wyjdźmy na zewnątrz.
Idziemy do malutkiego parku należącego do jej bloku i znajdujemy ławkę.
- Więc on jest ojcem? – Muszę się upewnić. Miałam dosyć nieporozumień, które będą mi wystarczyć całe życie.
Lauren spuszcza wzrok na swoje dłonie złożone na brzuchu. Cichutko wzdycha. – Tak.
- Dobra. Jak? Kiedy?
Wzrusza ramionami. – Po prostu to się zdarzyło. Gdy zaczęłam korepetować po szkole, on zawsze tam był. Zaczęliśmy rozmawiać o naszych ulubionych książkach, autorach i… innych rzeczach. Potem jednego wieczora odwiózł mnie do domu. Pocałował mnie. Było miło.
- Miło? – powtarzam słabo.
- Jest inny od wszystkich facetów w szkole – nie robi cały czas głupich żartów ani nie zachowuje się jak idiota. Gadaliśmy o wszystkim.
- Powiedziałam mu o dziecku. Byłam naprawdę zdenerwowana, a on starał się mnie uspokoić… nie myśleliśmy, że ktoś będzie się tam kręcił tak wcześnie.
Biorę głęboki wdech, tysiąc pytań mam na końcu języka. – Okej, więc pomoże ci w tym wszystkim, tak? Czy mam…
- V, on jest żonaty – wyrzuciła z siebie.
Przeszywa mnie biały, gorący piorun wściekłości. Podnoszę się, trzęsąc z gniewu. – Co?! Ten łajdak! Jaki jest jego adres?
Ale Lauren kręci głową. Wygląda tak blado i krucho, że siadam z powrotem i próbuję się uspokoić przez wzgląd na nią.
- Prawdopodobnie zostanie aresztowany. Teraz zrobią formalne postępowanie. Ja… rzucam szkołę.
Opada mi szczęka. – Nie możesz! Co ze Stanford?
- Jeszcze nie wiem. Szkoła zadzwoniła do mamy. Musiała po mnie przyjechać.
- O Boże. Co mówiła?
- Rozpłakała się – mruczy Lauren. – Potem dużo krzyczała. Kiedy nareszcie się uspokoiła, miałyśmy długą rozmowę. Trochę obwinia siebie za ciągłe pracowanie i nie bycie w domu. Potem… powiedziała, że ja pomogłam jej wychować dzieci, więc ona może pomóc mi wychować moje. – Głośno wypuściła powietrze. – Będziemy rozmawiać z doradcą szkolnym, aby zobaczyć, jakie mam możliwości. Zawsze miałam dobre oceny i mam te wszystkie dodatkowe punkty, zatem… jesteśmy optymistyczni.
- Czy to znaczy, że zatrzymujesz dziecko? – pytam z nadzieją.
- Nie wiem – odpowiada. – Mama porozmawia z jedną z kuzynek czy może wprowadzi się do nas. Żeby pomóc.
Szturcham ją w ramię. – Będziecie musieli mieć większe mieszkanie.
Śmieje się słabo. – Tak. Pewnie przeprowadzimy się.
Przez jakiś czas siedzimy w ciszy. Mój umysł wiruje, starając się pojąć wszystkie nadchodzące zmiany.
- Wszystko się ułoży, wiesz – odzywam się, próbując brzmieć przekonująco. – Pomogę jak tylko będę mogła – ze wszystkim, czego będziesz potrzebowała.
- Dzięki, V. Przepraszam, że wcześniej ci nie powiedziałam. Po prostu…
- Tak, wiedziałaś, że skopałabym ci tyłek.
Lauren uśmiecha się. – Tak.
Potrząsam do niej głową. – Nauczyciel – wzdycham.
- Gwiazda rocka – odrzuca.
Patrzymy na siebie i wybuchamy śmiechem. Jakim my jesteśmy bałaganem. Dobre dziewczynki zepsuły się.

Co my zrobimy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz