Następnego
ranka jestem w kuchni, ospale jedząc tartę krówkową, kiedy wchodzi Bill.
Wygląda na
zaskoczonego moim widokiem i przez chwilę wydaje się, że odwróci się i wyjdzie.
Przyglądam
się jak wewnętrznie walczy ze sobą przez parę minut. To zabawne, jak przesuwa
spojrzeniem ode mnie do drzwi, obracając głową tam i z powrotem, aż chce mi się
wziąć wskaźnik laserowy i poświecić nim mu w oczy. W końcu odzywa się do mnie.
- Cześć,
Violet – mamrocze niechętnie.
- Dzień
dobry, Bill – odmrukuję.
Stoi w
miejscu, pocierając kark. Patrząc na niego, zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest
podobny do niego Zane. Jako Aiden Cross. Zabawne, że wcześniej tego nie
zauważyłam. Ha ha.
- Przykro mi
– odzywa się nagle, zaskakując mnie. – W tej sprawie z Zanem. Nie zdawałem
sobie sprawy, że wy dwoje byliście… razem. Powinienem powiedzieć mu, żeby
trzymał się od ciebie z daleka…
- W
porządku, Bill. – Uśmiecham się słabo. – Zane próbował trzymać się na dystans.
Ja mu nie pozwoliłam.
- Och –
mówi, wyglądając – jeśli to możliwe – na jeszcze bardziej zakłopotanego.
Odwraca się
w połowie, jakby miał wyjść, po czym niezręcznie obraca się z powrotem.
- Zane to
dobry chłopak – mówi szybko. – Bycie Aidenem Crossem jest – czasami jest to dla
niego trudne. To… to nie nim tak naprawdę jest. Tak naprawdę jest… jest Zanem.
Kiedy… uch, nigdy nie pozwolił nikomu poznać prawdziwego jego, chyba że naprawdę na komuś mu zależało. Ja… może
on… sądzę, że cię wpuścił.
Słodkie,
bełkotliwe małe przemówienie Billa sprawia, że chcę go przytulić, nawet jeśli
nie jestem całkiem pewna, co stara się przekazać.
- Dzięki,
Bill – mówię. Tym razem posyłam mu bardziej szczery uśmiech.
Odwzajemnia
uśmiech, szybko i z ulgą. Potem obraca się i wychodzi.
To było
miłe. Zastanawiam się jak porozumiewają się z mamą, kiedy oboje są tacy
niezręczni i nieartykułowani. Gdy już poznałam i mieszkałam z Billem, po prostu
nie mogę wyobrazić sobie jak zmiótł ją z nóg, tak jak twierdziła. Zgaduję, że
bycie zamkniętym w windzie przez dwie godziny wydobyło z niego romantyczną bestię.
Huh. Może
potajemnie jest gładki w obyciu. Zane musi skądś to mieć.
Zane.
Mój apetyt
całkowicie zniknął, wyrzuciłam do kosza ledwie co skubniętą tartę i wróciłam na
górę, żeby popłakać.
Kolejnego
ranka budzę się z okropnym bólem głowy. Piszę do Lauren, żeby dać jej znać, że
nie idę do szkoły, a ona odpisuje mi, że ma nadzieję, że poczuję się lepiej i
żebym nie martwiła się o jej podwiezienie – jej mamy nie będzie przez parę dni,
więc może użyć samochód.
Czując ulgę,
wyłączam komórkę i rzucam ją… gdzieś. Potem chowam głowę pod kołdrą i poddaję
bólowi walącemu w głowie.
Następnego
dnia czuję się jak ocalała krwawej wojny, ale czuję się wystarczająco dobrze,
żeby iść do szkoły.
Jestem
strasznie spóźniona. Narzucam starą, podartą koszulkę i długą, niebieską
spódniczkę, która pojawiła się pewnego dnia w mojej szafie, pochodzenia
nieznanego.
Gdzie mój
telefon? Przypominam sobie, że gdzieś go rzuciłam zeszłej nocy. Cholera, nie
mam czasu, żeby go szukać. Przynajmniej dzisiaj nie muszę podjeżdżać po Lauren.
Najpierw
myślę, że to tylko moja paranoidalna wyobraźnia, że ludzie gapią się i szepczą
o mnie, ale pod koniec pierwszej lekcji jestem gotowa zacząć krzyczeć na
wszystkich gapiących się idiotów. Czy Kim opowiedziała o Zanie?
- Co? –
mówię do Chelsea Lopez, która ma szafkę obok mnie. – Czemu ludzie się na mnie
gapią? Co się dzieje?
Chelsea
wygląda na zaskoczoną, że do niej mówię. Do tej pory wymieniałyśmy się tylko
uśmiechami i powitaniami.
- Chyba
wszyscy myślą, że masz poufne informacje – odpowiada ostrożnie.
Jestem
skonsternowana. – Jakie poufne informacje?
Chelsea
odsuwa swoje jasnobrązowe włosy i śmieje się niekomfortowo. – O Lauren i panu
Jensenie – mówi, jakbym powinna wiedzieć.
- Lauren i
panu Jensenie? Co z nimi?
Teraz
naprawdę wygląda na zakłopotaną. – To ty naprawdę nie wiesz?
Mocno
ściskam krawędzie mojego folderu. Lodowate bryłki tworzą się w moim żołądku. –
Proszę, po prostu mi powiedz.
- Ummm…
znasz Alissę Shermer? Przyłapała Lauren i pana Jensena całujących się w jego
samochodzie wczoraj rano.
- Co takiego?!
Lauren… i
pan Jensen??? Okej… co?! Co u diabła?! To nie może być prawda. Ona nawet go nie
lubi! Lauren nigdy by nie…
Wtem nagle
przychodzi mi do głowy okropna myśl.
- Muszę iść
– mówię gwałtownie, obracając się na pięcie.
Dostrzegam
Damona kierującego się na jego lekcję angielskiego. Chwytam go za ramię, żeby
przyciągnąć jego uwagę. Natychmiast odsuwa się ode mnie, wyglądając na
zaniepokojonego.
- O co ci
chodzi? – pyta nerwowo.
Piorunuję go
wzrokiem. – Spotykałeś się z Lauren?
Damon wytrzeszcza
oczy. – Do diabła, nie. Mam dziewczynę. Poza tym słyszałem, że twoja koleżanka
Lauren interesuje się starszymi mężczyznami…
Niecierpliwie
potrząsam głową. – Czemu zawsze wyglądasz na winnego, za każdym razem, jak cię
widzę?
Pociera się
po tyle głowy – z poczuciem winy. – Uch, myślałem, że dowiedziałaś, że to ja
rozpowszechniłem plotkę o twoich nagich zdjęciach w Internecie.
- Jakich
nagich… nieważne, nie chcę wiedzieć.
Odwracam
się, żeby odejść, ale zanim idę, obracam się i walę go w ramię. – Przestań
rozpowszechniać o mnie plotki! Dupek.
Wyszłabym po
prostu ze szkoły, ale już i tak jestem na cienkim lodzie z mamą. Więc idę
prosto do gabinetu pielęgniarki i udaję migrenę. Panna Hahn zna mnie jako
wzorową uczennicę, która nigdy nie sprawia kłopotów i od razu jestem posłana do
domu. Wiedziałam, że pewnego dnia moja reputacja dobrej dziewczynki na coś się
przyda.
Jadę do
Lauren, milion myśli pędzi w mojej głowie.
Lauren i pan Jensen? Jak? Dlaczego? Jak mogła mi
nie powiedzieć, że jej chłopak jest naszym nauczycielem angielskiego?!
Drzwi
otwiera zombie przypominające moją najlepszą przyjaciółkę. Wygląda okropnie!
Pod oczami ma wielkie worki i wygląda, jakby nie spała od roku.
- Próbowałam
dodzwonić się do ciebie – mówi słabo, wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
- Wyłączyłam
komórkę i gdzieś ją rzuciłam – odpieram. – Czy to prawda?
Lauren
potakuje ze zmęczeniem. – Tak.
Jej
potwierdzenie opada ciężarem na moje serce. – Czy możesz… gdzieś pogadać?
Zerka na
swoje mieszkanie. – Nie mogę iść daleko. Wyjdźmy na zewnątrz.
Idziemy do
malutkiego parku należącego do jej bloku i znajdujemy ławkę.
- Więc on
jest ojcem? – Muszę się upewnić. Miałam dosyć nieporozumień, które będą mi
wystarczyć całe życie.
Lauren
spuszcza wzrok na swoje dłonie złożone na brzuchu. Cichutko wzdycha. – Tak.
- Dobra.
Jak? Kiedy?
Wzrusza
ramionami. – Po prostu to się zdarzyło. Gdy zaczęłam korepetować po szkole, on
zawsze tam był. Zaczęliśmy rozmawiać o naszych ulubionych książkach, autorach
i… innych rzeczach. Potem jednego wieczora odwiózł mnie do domu. Pocałował
mnie. Było miło.
- Miło? –
powtarzam słabo.
- Jest inny
od wszystkich facetów w szkole – nie robi cały czas głupich żartów ani nie
zachowuje się jak idiota. Gadaliśmy o wszystkim.
-
Powiedziałam mu o dziecku. Byłam naprawdę zdenerwowana, a on starał się mnie
uspokoić… nie myśleliśmy, że ktoś będzie się tam kręcił tak wcześnie.
Biorę
głęboki wdech, tysiąc pytań mam na końcu języka. – Okej, więc pomoże ci w tym
wszystkim, tak? Czy mam…
- V, on jest
żonaty – wyrzuciła z siebie.
Przeszywa mnie
biały, gorący piorun wściekłości. Podnoszę się, trzęsąc z gniewu. – Co?! Ten
łajdak! Jaki jest jego adres?
Ale Lauren
kręci głową. Wygląda tak blado i krucho, że siadam z powrotem i próbuję się
uspokoić przez wzgląd na nią.
-
Prawdopodobnie zostanie aresztowany. Teraz zrobią formalne postępowanie. Ja…
rzucam szkołę.
Opada mi
szczęka. – Nie możesz! Co ze Stanford?
- Jeszcze
nie wiem. Szkoła zadzwoniła do mamy. Musiała po mnie przyjechać.
- O Boże. Co
mówiła?
- Rozpłakała
się – mruczy Lauren. – Potem dużo krzyczała. Kiedy nareszcie się uspokoiła,
miałyśmy długą rozmowę. Trochę obwinia siebie za ciągłe pracowanie i nie bycie
w domu. Potem… powiedziała, że ja pomogłam jej wychować dzieci, więc ona może
pomóc mi wychować moje. – Głośno wypuściła powietrze. – Będziemy rozmawiać z
doradcą szkolnym, aby zobaczyć, jakie mam możliwości. Zawsze miałam dobre oceny
i mam te wszystkie dodatkowe punkty, zatem… jesteśmy optymistyczni.
- Czy to
znaczy, że zatrzymujesz dziecko? – pytam z nadzieją.
- Nie wiem –
odpowiada. – Mama porozmawia z jedną z kuzynek czy może wprowadzi się do nas.
Żeby pomóc.
Szturcham ją
w ramię. – Będziecie musieli mieć większe mieszkanie.
Śmieje się
słabo. – Tak. Pewnie przeprowadzimy się.
Przez jakiś
czas siedzimy w ciszy. Mój umysł wiruje, starając się pojąć wszystkie
nadchodzące zmiany.
- Wszystko
się ułoży, wiesz – odzywam się, próbując brzmieć przekonująco. – Pomogę jak
tylko będę mogła – ze wszystkim, czego będziesz potrzebowała.
- Dzięki, V.
Przepraszam, że wcześniej ci nie powiedziałam. Po prostu…
- Tak,
wiedziałaś, że skopałabym ci tyłek.
Lauren
uśmiecha się. – Tak.
Potrząsam do
niej głową. – Nauczyciel – wzdycham.
- Gwiazda
rocka – odrzuca.
Patrzymy na
siebie i wybuchamy śmiechem. Jakim my jesteśmy bałaganem. Dobre dziewczynki
zepsuły się.
Co my
zrobimy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz