11.3.14

Rozdział 11

- Spójrz na te zdjęcie – mówię do Lauren, pokazując jej mój telefon. – Mama wysłała mi je dziś rano z Paryża.
Lauren bierze go, patrząc zmrużonymi oczami w ekranik. – Co ona trzyma?
- To chyba falliczno-kształtne ciasto francuskie, które moja matka trzyma przy otwartych ustach. Jednak nie sądzę, by zdawała sobie z tego sprawę – inaczej by tak nie pozowała.
Śmieje się, oddając mi komórkę. – Wygląda bardzo dobrze, V. Szczęśliwie.
- Tak – zgadzam się z westchnieniem. Bez entuzjazmu szturcham swoje taco.
Jesteśmy teraz w Taco Bell, dla odmiany jedząc lunch poza szkołą. Tak naprawdę nie wolno nam tego robić, ale zazwyczaj szkoła nie wprowadza w życie tej zasady. Więc chwytamy dzień. Zamiast taco wzięłam zwyczajną enchiladę, żeby było inaczej.
- Co dostałaś z tego chemicznego testu? – pyta mnie Lauren.
- Dziewięćdziesiąt sześć – mówię. – A ty?
Uśmiecha się. – Dziewięćdziesiąt osiem.
Robię do niej minę. – Kujonka.
- Racja, dużo się uczyłam. Ty ledwie otworzyłaś książkę. Będziesz dzisiaj pracować nad esejem?
- Nie. – Zajmuję się przesuwaniem palcami przez włosy. – Chyba będę dzisiaj spędzać czas z Zanem.
Lauren unosi brew. – Znowu?
- Taa – mamroczę nonszalancko. – To żadna wielka sprawa. Zapytał czy chcę pizzę na kolację. Może potem obejrzymy film.
Lauren nic nie mówi, ale jej brązowe oczy wydają się krytyczne.
- Co? – pytam, troszkę obronnie. – Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Tak właściwie, może przyjdziesz? Możesz w końcu go poznać.
- Nie dzisiaj. Korepetytuję po szkole.
- Ugh. Czy pan Tanner już wrócił, czy dalej mamy pana Jensena?
Lauren wypija długi łyk swojego napoju przed odpowiedzią. – Jensen. Pan Tanner wciąż jest chory. Sądzę, że będzie miał jakąś operację.
- Och. Biedny koleś – mówię współczująco. – Choć lubię Jensena. Powinni zrobić tak, żeby był naszym stałym nauczycielem. Będzie dłużej niż Tanner.
- Taa, jestem pewna, że wszystkim dziewczynom by się to spodobało. – Lauren wywraca oczami. – Mówiłam ci o wczorajszym dniu po szkole? Kari Geddes cała do niego lgnęła, kiedy weszłam.
- Naprawdę? – Rozszerzam oczy. – A on co robił?
- Odsuwał się od niej. – Śmieje się. – Powinnaś widzieć wyraz jego twarzy.
- Cóż – mówię, wylewając ostry sos na taco. – Jeśli kiedyś zostanie przyłapany z uczennicą, będzie miał kłopoty. Pamiętasz panią Alvarez?
- Taa, ale wciąż zastanawiam się czy Casey tego nie zmyślił. Pani Alvarez miała sześćdziesiąt lat z reumatoidalnym zapaleniem stawów.
- Prawda – zgadzam się, zlizując z palców ostry sos. – Więc chcesz przyjść po korepetycjach?
- Nie, dzięki – odmawia. Bierze mały gryz swojego burrito i nagle wybucha śmiechem.
Zakrywając usta, mamrocze. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że powiedziałaś „fuu”!
Nawet teraz czerwienię się ze wstydu. – Byłam wytrącona z równowagi. Wiesz jaka jestem, kiedy zostanę wytrącona z równowagi.
- To jest coś, co powiedziałaby Gruba Violet.
- Brakuje mi jej – wzdycham. – Była nieustraszona.
- Była. Może zrobisz zdjęcie Zane’owi, żebym mogła zobaczyć, jak wygląda?
- Nie sądzę, by lubił jak ktoś robi mu zdjęcie – odpowiadam. – Raz zapytałam go czemu nie ma żadnych zdjęć w pokoju, a on powiedział coś w tym stylu. No wiesz, w ogóle nie jest próżny. Nigdy nie widziałam, żeby patrzył w lustro.
- Hm, brzmi jak ktoś, kogo znam. – Lauren gniecie wszystkie zużyte serwetki i rzuca je na talerz. – Powinnyśmy iść. Mamy dziesięć minut, żeby wrócić do kampusu.
Nie skończyłam mojego taco! Ale Lauren już wstaje, przygotowując swoje rzeczy. Biorę ogromny gryz i idę za nią.
Stajemy w krótkiej kolejce, żeby zapłacić rachunek i nie zauważam, że Matt i Rachel stoją przed nami, dopóki nie słyszę jego znajomego śmiechu.
O świetnie. Wymieniam z Lauren wywrót oczu. Cicho pyta mnie czy chcę poczekać na zewnątrz, ale kręcę głową.
Och, jak miło – trzyma rękę na jej tyłku. Nigdy publicznie nie położył ręki na moim tyłku. Ledwo trzymaliśmy się za ręce.
Tak w ogóle, wciąż usta mam pełne taco. Patrzenie, jak mój były chłopak pieści moją byłą koleżankę sprawia, że chce mi się wymiotować. To sprawia że… Jestem taka…
Orientuję się, że nie jestem zraniona. Jestem zirytowana. Kiedy myślę o Matcie, nie mogę się powstrzymać od porównywania go do Zane’a i obok Zane’a Matt jest… niczym. Nieistotny. Szarym, szkolno-lunchowym, niedojrzałym chłopakiem. Zane jest… jest fajerwerkami, wybuchem kolorów, ekscytujący, niebezpieczny, seksowny i sprawia, że pragnę. Czego, tego nie jestem pewna. Wiem tylko, że gdyby…
- Violet.
Matt nagle odwraca się, zauważając mnie. Rozszerza niebieskie oczy, jak zaczynam dławić się mięsem taco.
Oj!
Oczy mi łzawią, gdy bezradnie się krztuszę. Matt sięga do mnie – może, żeby zaprezentować zabieg Heimlicha[1] - ale podnoszę dłoń. Lauren podaje mi serwetkę, którą łapię i dyskretnie wypluwam do niej w połowie przeżute taco. Fuj.
Kaszląc ochryple, piorunuję wzrokiem Matta, jakby była to jego wina. Odwracam się do Lauren, dając jej pieniądze. – Będę czekać na zewnątrz – mamroczę.
Rachel wygląda, jakby chciała coś do mnie powiedzieć. Rzucam jej spojrzenie, a ona pośpiesznie się odwraca. Tylko dlatego, że postanowiłam, że Matt nie jest wart płaczu nie znaczy to, że wybaczę im za zdradzenie mnie.
Nie wybaczam ludziom. Zapytajcie Shaunę Bradley. Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami w przedszkolu – aż odkryłam, że to ona kradła przekąski owocowe z mojej ławki. Tamtego dnia straciła moje zaufanie i nawet teraz, kiedy ją widzę, muszę powstrzymać się od krzyku „Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś?!”.
Reszta szkolnego dnia wydaje się trwać wieczność. Kiedy Hiszpański się kończy, podskakuję z niecierpliwości. Nie mogę się doczekać, żeby wrócić do domu. Żeby go zobaczyć.
Nie ma go, kiedy dojeżdżam do domu. Odrabiam zadanie domowe i biorę szybko prysznic. Co ubrać? Wiem, że to nie randka. Moim pierwszym odruchem jest sięgnięcie po coś twarzowego, ale wiem, że skończę czując się głupio i niewygodnie. Więc wkładam prostą szarą koszulkę i długą różową spódnicę z wydrukowanymi na niej małymi króliczkami. W ogóle skąd mam tę spódnicę? Nie wiem dlaczego ją spakowałam.
Siedzę na kanapie, udając, że czytam książkę, kiedy uważnie nasłuchuję drzwi. Gdy nareszcie słyszę nadchodzącego Zane’a, jestem tak zdenerwowana, że niemal spadam z kanapy. Próbując utrzymać swobodny wyraz twarzy, staram się uspokoić szybko bijące serce, po omacku przewracając stronę książki.
- Hej – witam go, dumna z tego jak normalnie brzmię.
- Hej, tobie.
Zane stawia wielkie płaskie pudełko na kuchennym blacie i wchodzi do salonu. Wygląda absolutnie pięknie i niebezpiecznie z ciemnymi włosami rozwianymi przez wiatr i okularami przeciwsłonecznymi.
- Ktoś dobrze pachnie – wypalam, kiedy przechyla się przez kanapę, żeby spojrzeć na moją książkę. – Nie, chodzi mi o coś! Pizza. Ona pachnie dobrze.
Tylko uśmiecha się do mnie i łapie za książkę, odwracając ją – o Boże – na właściwą stronę.
Tak, była do góry nogami. Udawałam, że czytam Tołstoja do góry nogami. A on mnie przyłapał.
Jestem taką kretynką.
Zane wraca do kuchni, podczas gdy ja nieskładnie bełkoczę. – Głodna? – pyta przez ramię.
Nabieram kilka głębokich wdechów zanim dołączam do niego w kuchni. Poddaję się. Całkowicie akceptuję fakt, że zawsze będę robić z siebie idiotkę przed najgorętszym facetem, jakiego znam.
Nieważne. To nic – będę niezręczną, ale zabawną przyjaciółką.
Pogodziwszy się z rolą, czuję, że trochę napięcia, które na siebie nałożyłam złagodniało. Idę za nim do kuchni. Otwiera pudełko, a ja wpatruję się w dziwaczną pizzę. Czemu są na niej zielone rzeczy?
- Co to jest? – pytam, niezdolna ukryć przerażenia w głosie.
Zane chichocze, podnosząc na mnie wzrok. – Zakładam, że nigdy nie jadłaś greckiej pizzy?
Zaprzeczam. – Czy… czy jest na niej mięso?
- Nie. Jest szpinak, oliwki, pomidory, feta… zaufaj mi, będzie ci smakować.
Wyciąga talerze z szafki, więc nie dostrzega mojej powątpiewającej miny. – Pachnie dobrze – mówię z nadzieją.
Kiwa głową, podając mi talerz. – Powiem ci coś – po prostu jej spróbuj. Jeśli nie będzie ci smakować, nie będziesz musiała jeść. A jutro będziesz mogła wybrać cokolwiek chcesz na kolację, a ja to przyniosę. Dobra?
Mój nastrój od razu się poprawia. Jutro też chce spędzić ze mną czas? – Dobra! – zgadzam się – zbyt entuzjastycznie.
Bierzemy nasze pizzy i dwie wody mineralne, idąc do salonu. Myślałam, że będziemy oglądać film, ale Zane przynosi swojego laptopa i oglądamy na Internecie filmiki jak-to-zrobić. Tak, okazuje się, że Zane naprawdę interesuje się majsterkowymi projektami i alternatywną formą energii. Oglądamy filmiki jak zrobić własną szklarnię, generator gazowy, zwierciadła paraboliczne i silniki Sterlinga. Tak naprawdę to jest fascynujące i jestem pod wrażeniem jego wiedzy.
- Co, szykujesz się na apokalipsę zombie? – drażnię go, po ugryzieniu mojej pysznej greckiej pizzy (Zane miał rację – mniam!).
- Po prostu wierzę w bycie przygotowanym. – Uśmiecha się, pochylając się, żeby włączyć link. – I myślę, że to jest naprawdę fajne, wiesz? Mam farmę w Oregonie, która działa na niektórych rzeczach, które zbudowałem. Kiedyś cię tam zabiorę, żebyś sama mogła zobaczyć.
Jestem oszołomiona jego niedbałym zaproszeniem. – Byłoby cudownie – mówię słabo.
Zastanawiam się czy naprawdę ma to na myśli. Czy to tylko jedna z tych rzeczy, które mówią ludzie? Tak jak ja zawsze zapraszam moją przyjaciółkę z trzeciej klasy – Janie Donnely – do mojego domu, za każdym razem, kiedy na nią wpadam – chociaż teraz ledwie ją znam i nie chcę, żeby przychodziła, bo o czym miałybyśmy gadać? Ostatnią rzeczą, którą mieliśmy wspólną były nasze kolekcjonerskie naklejki.
Zmieniając temat.
Kiedy pizza znika, decydujemy się na gorącą czekoladę i na wideo jakiegoś faceta o imieniu Jinky o 100 Najlepszych W Dziejach Horrorach. Większość filmów z listy Jinky’ego jest z lat siedemdziesiątych, a ja nigdy wcześniej o nich nie słyszałam. Jednak kilka z nich wygląda całkiem fajnie, więc zapisuję tytuły tych, które może później będziemy chcieli obejrzeć.
Nie jestem dobra w wielozadaniowości. Piszę po drugiej stronie rachunku z Taco Bell, oglądając ekran, kiedy upijam łyk mojego bardzo gorącego kakao. Możecie zgadnąć, co dzieje się potem.
Cały kubek. Parujący płyn wylewa się na moje kolana. Podskakuję, dysząc z piekącego bólu.
Zane od razu ściąga ze mnie spódnicę. – Usiądź – rozkazuje, potem znika w kuchni.
Wciąż stoję, kiedy wraca z mokrym ręcznikiem. Lekko popycha mnie na kanapę, klęka przede mną i kładzie chłodny ręcznik na moich udach. To natychmiast pomaga uśmierzyć oparzenie i wzdycham z ulgą.
Po paru minutach kłucie słabnie. Zane unosi ręcznik, żeby sprawdzić moją skórę. – Nie ma pęcherzy – mówi łagodnie. – Jest tylko trochę czerwone.
Lekko przesuwa palcem po wnętrzu mojego uda leciutkim dotykiem, który skrada mi oddech i sprawia, że drżę w sposób, który nie ma nic wspólnego z bólem.
Chyba wydałam jakiś dźwięk. Zane podnosi na mnie wzrok i jakby nagle zorientował się, co robi, gwałtownie podnosi się i cofa.
- Przykrywaj je. Pójdę poszukać jakiegoś żelu aloesowego – mruczy.
Z oszołomieniem patrzę jak odchodzi. O mój Boże. Nie mogę uwierzyć, że siedzę tutaj w bieliźnie. Nie mogę uwierzyć, że mnie dotknął… tam. Waham się pomiędzy zawstydzeniem a nerwowym podnieceniem. I muszę przyznać – czystym pożądaniem.
Um, dzięki Bogu, że mam na sobie ładną bieliznę. Ugh, właśnie zdałam sobie sprawę, że to drugi raz, kiedy ją widział. Jednak nie tę samą parę. Dzisiejszym wyborem była koronka i maślana żółć.
Boże. To takie żenujące.
Zane wraca z jakąś tubką i lekkim kocem. Przerzuca go przez moje kolana i podaje mi tubkę. – Poczekaj kilka minut, potem nałóż trochę na twoje… na oparzenie - mówi szorstko.
- Dzięki. – Ryzykuję zerknięcie na jego beznamiętną twarz. – Przepraszam, że jestem taką ofermą.
Pozwala sobie na słaby uśmiech. – Jesteś trochę podatna na wypadki, czyż nie?
Wzruszam ramionami, czując gorąco w policzkach. Rozkładam koc, żeby zakrywał większość moich nóg.
Przez chwilę nic nie mówi, tylko na mnie patrząc. Potem mamrocze coś o poprawieniu soczewek i znowu znika w swoim pokoju. Nosi soczewki? Hm… założę się, że wyglądałby naprawdę seksownie w okularach.
Właśnie, kiedy jestem przekonana, że on już nie wróci, wchodzi z powrotem do salonu i rozkłada się obok mnie na kanapie. – Chcesz obejrzeć trochę bezmyślnej telewizji? – pyta, podnosząc pilota.
- Tak – odpowiadam z wdzięcznością.
Więc siedzimy i oglądamy seriale, reality show… cokolwiek jest. Śmiejemy się z tych samych rzeczy i nabijamy się z ludzi w telewizji. Zane’owi nawet nie przeszkadza mój sarkazm. Wydaje się go lubić. Dzielimy się naszymi ulubionymi serialami.
Nie pamiętam zaśnięcia. Następne co wiem to to, że Zane podnosi mnie z kanapy i zanosi do mojego pokoju – jakbym nic nie ważyła.
Bycie w jego silnych ramionach jest takie… to niewiarygodnie drogocenne uczucie. Udaję, że śpię tylko po to, żeby tam zostać. Delikatnie kładzie mnie na moim łóżku i nakrywa kołdrą. Otwieram oczy, czując, jak nachyla się nade mną.
- Słodkich snów, Violet – szepcze, całując mnie w czoło.
Słodkich snów, w rzeczy samej.

Chwila, jeszcze nie skończyłam być głupią damą w opałach.
Następnego popołudnia opuszczamy z Lauren Taco Bell i orientujemy się, że moje auto ma przebitą oponę – a ja nie mam zapasowej. Gdzie ona poszła? Mogłam ją raz przenieść, żeby zrobić miejsce w bagażniku – teraz sobie przypominam. Robiłam miejsca na pudła pinaty. Nie pytajcie.
Zanim zdaję sobie sprawę, co robię, dzwonię do Zane’a. Śmieje się z mojego zażenowanego tonu i obiecuje być tam za dwadzieścia minut z nową oponą.
Przyjeżdża w piętnaście minut. Przedstawiam go Lauren – która jest należycie pod podziwem – a on bez wysiłku wymienia oponę, kiedy my obserwujemy. Czemu to takie seksowne, kiedy gorący faceci robią męskie rzeczy, takie jak praca nad samochodem? Albo może to tylko Zane. Wszystko co robi jest seksowne. Nie tylko ja tak myślę, osądzając po grupie dziewczyn, które zatrzymały się, żeby pożerać go wzrokiem.
Niech to szlag, tylko ja powinnam móc pożerać go wzrokiem. Pierwsza go znalazłam! Lub coś nie tak głupiego.
Lauren jest zbulwersowana moich zachowaniem. Staję się przy nim rozchichotaną kretynką. Obrzydzam siebie, ale nie mogę przestać. Zakrywam dłońmi usta i zmuszam się do stania cicho przy Lauren. Kiedy Zane kończy, klepie mnie po głowie jak szczeniaka i ostrzega mnie, żebym nie wpakowywała się w kłopoty. Potem wskakuje do swojego seksownego autka i odjeżdża.
- Wow – mówi Lauren, patrząc jak odjeżdża. 
- Na Zane’a czy moje absurdalne kretyństwo? – pytam potulnie.
- Oba. – Przygląda mi się współczująco. – V, jesteś w nim mocno zadurzona.
- Tak – przyznaję w końcu, opadając na siedzenie w samochodzie. – Żałosne, prawda?
- On cię lubi, ale nie chce tego.
- Co? – Odwracam się do niej z uniesionymi brwiami. – Możesz to stwierdzić po pięciu minutach, kiedy tutaj był?
- Nie. – Wzdycha. – Mogę to stwierdzić przez to, jak musiał co chwilę odrywać od ciebie wzrok. Zadzwoniłaś do niego, a on przyjechał na ratunek. Cały czas spędza z tobą czas. Myślisz, że taki facet nie miałby lepszych rzeczy do roboty niż oglądanie z tobą filmów przez całą noc?
- Au – mówię, bardziej niż trochę urażona.
Lauren patrzy na mnie rozsądnie. – Sama widziałaś z jakimi kobietami się umawia. Widziałaś go z inną dziewczyną odkąd wy dwoje zaczęliście stawać się tacy poufali?
- Poufali – powtarzam, uśmiechając się ironicznie. – I nie. Ale powiedział, że nie będzie przyprowadzał do domu zdzir po ostatnim razie. O ile mi wiadomo, chodzi do ich domów czy… coś w tym stylu.
Wzrusza tylko ramionami. – Jeśli go chcesz, V, to jestem pewna, że on cię nie odrzuci.
Prycham, odpalając auto. Ale w głębi duszy mały kwiatuszek nadziei zakwita w mojej klatce piersiowej.
Jeśli go chcę, mówi.
Nie sądzę, bym kiedykolwiek chciała czegoś bardziej w życiu.



[1] Zabieg Heimlicha – uderzenie tuż pod mostkiem stosowane w przypadku dławienia się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz