- Spójrz na
te zdjęcie – mówię do Lauren, pokazując jej mój telefon. – Mama wysłała mi je
dziś rano z Paryża.
Lauren
bierze go, patrząc zmrużonymi oczami w ekranik. – Co ona trzyma?
- To chyba
falliczno-kształtne ciasto francuskie, które moja matka trzyma przy otwartych
ustach. Jednak nie sądzę, by zdawała sobie z tego sprawę – inaczej by tak nie
pozowała.
Śmieje się,
oddając mi komórkę. – Wygląda bardzo dobrze, V. Szczęśliwie.
- Tak –
zgadzam się z westchnieniem. Bez entuzjazmu szturcham swoje taco.
Jesteśmy
teraz w Taco Bell, dla odmiany jedząc lunch poza szkołą. Tak naprawdę nie wolno
nam tego robić, ale zazwyczaj szkoła nie wprowadza w życie tej zasady. Więc
chwytamy dzień. Zamiast taco wzięłam zwyczajną enchiladę, żeby było inaczej.
- Co
dostałaś z tego chemicznego testu? – pyta mnie Lauren.
-
Dziewięćdziesiąt sześć – mówię. – A ty?
Uśmiecha
się. – Dziewięćdziesiąt osiem.
Robię do
niej minę. – Kujonka.
- Racja,
dużo się uczyłam. Ty ledwie otworzyłaś książkę. Będziesz dzisiaj pracować nad
esejem?
- Nie. –
Zajmuję się przesuwaniem palcami przez włosy. – Chyba będę dzisiaj spędzać czas
z Zanem.
Lauren unosi
brew. – Znowu?
- Taa –
mamroczę nonszalancko. – To żadna wielka sprawa. Zapytał czy chcę pizzę na
kolację. Może potem obejrzymy film.
Lauren nic
nie mówi, ale jej brązowe oczy wydają się krytyczne.
- Co? –
pytam, troszkę obronnie. – Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Tak właściwie, może
przyjdziesz? Możesz w końcu go poznać.
- Nie
dzisiaj. Korepetytuję po szkole.
- Ugh. Czy
pan Tanner już wrócił, czy dalej mamy pana Jensena?
Lauren wypija
długi łyk swojego napoju przed odpowiedzią. – Jensen. Pan Tanner wciąż jest
chory. Sądzę, że będzie miał jakąś operację.
- Och.
Biedny koleś – mówię współczująco. – Choć lubię Jensena. Powinni zrobić tak,
żeby był naszym stałym nauczycielem. Będzie dłużej niż Tanner.
- Taa,
jestem pewna, że wszystkim dziewczynom by się to spodobało. – Lauren wywraca
oczami. – Mówiłam ci o wczorajszym dniu po szkole? Kari Geddes cała do niego
lgnęła, kiedy weszłam.
- Naprawdę?
– Rozszerzam oczy. – A on co robił?
- Odsuwał
się od niej. – Śmieje się. – Powinnaś widzieć wyraz jego twarzy.
- Cóż –
mówię, wylewając ostry sos na taco. – Jeśli kiedyś zostanie przyłapany z
uczennicą, będzie miał kłopoty. Pamiętasz panią Alvarez?
- Taa, ale
wciąż zastanawiam się czy Casey tego nie zmyślił. Pani Alvarez miała
sześćdziesiąt lat z reumatoidalnym zapaleniem stawów.
- Prawda –
zgadzam się, zlizując z palców ostry sos. – Więc chcesz przyjść po
korepetycjach?
- Nie,
dzięki – odmawia. Bierze mały gryz swojego burrito i nagle wybucha śmiechem.
Zakrywając
usta, mamrocze. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że powiedziałaś „fuu”!
Nawet teraz
czerwienię się ze wstydu. – Byłam wytrącona z równowagi. Wiesz jaka jestem,
kiedy zostanę wytrącona z równowagi.
- To jest
coś, co powiedziałaby Gruba Violet.
- Brakuje mi
jej – wzdycham. – Była nieustraszona.
- Była. Może
zrobisz zdjęcie Zane’owi, żebym mogła zobaczyć, jak wygląda?
- Nie sądzę,
by lubił jak ktoś robi mu zdjęcie – odpowiadam. – Raz zapytałam go czemu nie ma
żadnych zdjęć w pokoju, a on powiedział coś w tym stylu. No wiesz, w ogóle nie
jest próżny. Nigdy nie widziałam, żeby patrzył w lustro.
- Hm, brzmi
jak ktoś, kogo znam. – Lauren gniecie wszystkie zużyte serwetki i rzuca je na
talerz. – Powinnyśmy iść. Mamy dziesięć minut, żeby wrócić do kampusu.
Nie
skończyłam mojego taco! Ale Lauren już wstaje, przygotowując swoje rzeczy.
Biorę ogromny gryz i idę za nią.
Stajemy w
krótkiej kolejce, żeby zapłacić rachunek i nie zauważam, że Matt i Rachel stoją
przed nami, dopóki nie słyszę jego znajomego śmiechu.
O świetnie.
Wymieniam z Lauren wywrót oczu. Cicho pyta mnie czy chcę poczekać na zewnątrz,
ale kręcę głową.
Och, jak
miło – trzyma rękę na jej tyłku. Nigdy publicznie nie położył ręki na moim
tyłku. Ledwo trzymaliśmy się za ręce.
Tak w ogóle,
wciąż usta mam pełne taco. Patrzenie, jak mój były chłopak pieści moją byłą
koleżankę sprawia, że chce mi się wymiotować. To sprawia że… Jestem taka…
Orientuję
się, że nie jestem zraniona. Jestem zirytowana. Kiedy myślę o Matcie, nie mogę
się powstrzymać od porównywania go do Zane’a i obok Zane’a Matt jest… niczym.
Nieistotny. Szarym, szkolno-lunchowym, niedojrzałym chłopakiem. Zane jest… jest
fajerwerkami, wybuchem kolorów, ekscytujący, niebezpieczny, seksowny i sprawia,
że pragnę. Czego, tego nie jestem
pewna. Wiem tylko, że gdyby…
- Violet.
Matt nagle
odwraca się, zauważając mnie. Rozszerza niebieskie oczy, jak zaczynam dławić
się mięsem taco.
Oj!
Oczy mi
łzawią, gdy bezradnie się krztuszę. Matt sięga do mnie – może, żeby
zaprezentować zabieg Heimlicha[1] - ale
podnoszę dłoń. Lauren podaje mi serwetkę, którą łapię i dyskretnie wypluwam do
niej w połowie przeżute taco. Fuj.
Kaszląc
ochryple, piorunuję wzrokiem Matta, jakby była to jego wina. Odwracam się do
Lauren, dając jej pieniądze. – Będę czekać na zewnątrz – mamroczę.
Rachel
wygląda, jakby chciała coś do mnie powiedzieć. Rzucam jej spojrzenie, a ona
pośpiesznie się odwraca. Tylko dlatego, że postanowiłam, że Matt nie jest wart
płaczu nie znaczy to, że wybaczę im za zdradzenie mnie.
Nie wybaczam
ludziom. Zapytajcie Shaunę Bradley. Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami w
przedszkolu – aż odkryłam, że to ona kradła przekąski owocowe z mojej ławki.
Tamtego dnia straciła moje zaufanie i nawet teraz, kiedy ją widzę, muszę
powstrzymać się od krzyku „Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś?!”.
Reszta
szkolnego dnia wydaje się trwać wieczność. Kiedy Hiszpański się kończy,
podskakuję z niecierpliwości. Nie mogę się doczekać, żeby wrócić do domu. Żeby
go zobaczyć.
Nie ma go,
kiedy dojeżdżam do domu. Odrabiam zadanie domowe i biorę szybko prysznic. Co
ubrać? Wiem, że to nie randka. Moim pierwszym odruchem jest sięgnięcie po coś
twarzowego, ale wiem, że skończę czując się głupio i niewygodnie. Więc wkładam
prostą szarą koszulkę i długą różową spódnicę z wydrukowanymi na niej małymi
króliczkami. W ogóle skąd mam tę spódnicę? Nie wiem dlaczego ją spakowałam.
Siedzę na
kanapie, udając, że czytam książkę, kiedy uważnie nasłuchuję drzwi. Gdy
nareszcie słyszę nadchodzącego Zane’a, jestem tak zdenerwowana, że niemal
spadam z kanapy. Próbując utrzymać swobodny wyraz twarzy, staram się uspokoić
szybko bijące serce, po omacku przewracając stronę książki.
- Hej –
witam go, dumna z tego jak normalnie brzmię.
- Hej,
tobie.
Zane stawia
wielkie płaskie pudełko na kuchennym blacie i wchodzi do salonu. Wygląda absolutnie
pięknie i niebezpiecznie z ciemnymi włosami rozwianymi przez wiatr i okularami
przeciwsłonecznymi.
- Ktoś
dobrze pachnie – wypalam, kiedy przechyla się przez kanapę, żeby spojrzeć na
moją książkę. – Nie, chodzi mi o coś!
Pizza. Ona pachnie dobrze.
Tylko
uśmiecha się do mnie i łapie za książkę, odwracając ją – o Boże – na właściwą
stronę.
Tak, była do
góry nogami. Udawałam, że czytam Tołstoja do góry nogami. A on mnie przyłapał.
Jestem taką
kretynką.
Zane wraca
do kuchni, podczas gdy ja nieskładnie bełkoczę. – Głodna? – pyta przez ramię.
Nabieram
kilka głębokich wdechów zanim dołączam do niego w kuchni. Poddaję się.
Całkowicie akceptuję fakt, że zawsze będę robić z siebie idiotkę przed
najgorętszym facetem, jakiego znam.
Nieważne. To
nic – będę niezręczną, ale zabawną przyjaciółką.
Pogodziwszy
się z rolą, czuję, że trochę napięcia, które na siebie nałożyłam złagodniało.
Idę za nim do kuchni. Otwiera pudełko, a ja wpatruję się w dziwaczną pizzę.
Czemu są na niej zielone rzeczy?
- Co to
jest? – pytam, niezdolna ukryć przerażenia w głosie.
Zane
chichocze, podnosząc na mnie wzrok. – Zakładam, że nigdy nie jadłaś greckiej
pizzy?
Zaprzeczam.
– Czy… czy jest na niej mięso?
- Nie. Jest
szpinak, oliwki, pomidory, feta… zaufaj mi, będzie ci smakować.
Wyciąga talerze
z szafki, więc nie dostrzega mojej powątpiewającej miny. – Pachnie dobrze –
mówię z nadzieją.
Kiwa głową,
podając mi talerz. – Powiem ci coś – po prostu jej spróbuj. Jeśli nie będzie ci
smakować, nie będziesz musiała jeść. A jutro będziesz mogła wybrać cokolwiek
chcesz na kolację, a ja to przyniosę. Dobra?
Mój nastrój
od razu się poprawia. Jutro też chce spędzić ze mną czas? – Dobra! – zgadzam
się – zbyt entuzjastycznie.
Bierzemy
nasze pizzy i dwie wody mineralne, idąc do salonu. Myślałam, że będziemy
oglądać film, ale Zane przynosi swojego laptopa i oglądamy na Internecie
filmiki jak-to-zrobić. Tak, okazuje się, że Zane naprawdę interesuje się
majsterkowymi projektami i alternatywną formą energii. Oglądamy filmiki jak
zrobić własną szklarnię, generator gazowy, zwierciadła paraboliczne i silniki
Sterlinga. Tak naprawdę to jest fascynujące i jestem pod wrażeniem jego wiedzy.
- Co,
szykujesz się na apokalipsę zombie? – drażnię go, po ugryzieniu mojej pysznej
greckiej pizzy (Zane miał rację – mniam!).
- Po prostu
wierzę w bycie przygotowanym. – Uśmiecha się, pochylając się, żeby włączyć
link. – I myślę, że to jest naprawdę fajne, wiesz? Mam farmę w Oregonie, która
działa na niektórych rzeczach, które zbudowałem. Kiedyś cię tam zabiorę, żebyś
sama mogła zobaczyć.
Jestem
oszołomiona jego niedbałym zaproszeniem. – Byłoby cudownie – mówię słabo.
Zastanawiam
się czy naprawdę ma to na myśli. Czy to tylko jedna z tych rzeczy, które mówią
ludzie? Tak jak ja zawsze zapraszam moją przyjaciółkę z trzeciej klasy – Janie
Donnely – do mojego domu, za każdym razem, kiedy na nią wpadam – chociaż teraz
ledwie ją znam i nie chcę, żeby przychodziła, bo o czym miałybyśmy gadać?
Ostatnią rzeczą, którą mieliśmy wspólną były nasze kolekcjonerskie naklejki.
Zmieniając
temat.
Kiedy pizza
znika, decydujemy się na gorącą czekoladę i na wideo jakiegoś faceta o imieniu
Jinky o 100 Najlepszych W Dziejach Horrorach. Większość filmów z listy
Jinky’ego jest z lat siedemdziesiątych, a ja nigdy wcześniej o nich nie
słyszałam. Jednak kilka z nich wygląda całkiem fajnie, więc zapisuję tytuły
tych, które może później będziemy chcieli obejrzeć.
Nie jestem
dobra w wielozadaniowości. Piszę po drugiej stronie rachunku z Taco Bell,
oglądając ekran, kiedy upijam łyk
mojego bardzo gorącego kakao. Możecie zgadnąć, co dzieje się potem.
Cały kubek.
Parujący płyn wylewa się na moje kolana. Podskakuję, dysząc z piekącego bólu.
Zane od razu
ściąga ze mnie spódnicę. – Usiądź – rozkazuje, potem znika w kuchni.
Wciąż stoję,
kiedy wraca z mokrym ręcznikiem. Lekko popycha mnie na kanapę, klęka przede mną
i kładzie chłodny ręcznik na moich udach. To natychmiast pomaga uśmierzyć
oparzenie i wzdycham z ulgą.
Po paru
minutach kłucie słabnie. Zane unosi ręcznik, żeby sprawdzić moją skórę. – Nie
ma pęcherzy – mówi łagodnie. – Jest tylko trochę czerwone.
Lekko
przesuwa palcem po wnętrzu mojego uda leciutkim dotykiem, który skrada mi
oddech i sprawia, że drżę w sposób, który nie ma nic wspólnego z bólem.
Chyba
wydałam jakiś dźwięk. Zane podnosi na mnie wzrok i jakby nagle zorientował się,
co robi, gwałtownie podnosi się i cofa.
- Przykrywaj
je. Pójdę poszukać jakiegoś żelu aloesowego – mruczy.
Z
oszołomieniem patrzę jak odchodzi. O mój Boże. Nie mogę uwierzyć, że siedzę
tutaj w bieliźnie. Nie mogę uwierzyć, że mnie dotknął… tam. Waham się pomiędzy
zawstydzeniem a nerwowym podnieceniem. I muszę przyznać – czystym pożądaniem.
Um, dzięki
Bogu, że mam na sobie ładną bieliznę. Ugh, właśnie zdałam sobie sprawę, że to
drugi raz, kiedy ją widział. Jednak nie tę samą parę. Dzisiejszym wyborem była
koronka i maślana żółć.
Boże. To
takie żenujące.
Zane wraca z
jakąś tubką i lekkim kocem. Przerzuca go przez moje kolana i podaje mi tubkę. –
Poczekaj kilka minut, potem nałóż trochę na twoje… na oparzenie - mówi
szorstko.
- Dzięki. –
Ryzykuję zerknięcie na jego beznamiętną twarz. – Przepraszam, że jestem taką
ofermą.
Pozwala
sobie na słaby uśmiech. – Jesteś trochę podatna na wypadki, czyż nie?
Wzruszam
ramionami, czując gorąco w policzkach. Rozkładam koc, żeby zakrywał większość
moich nóg.
Przez chwilę
nic nie mówi, tylko na mnie patrząc. Potem mamrocze coś o poprawieniu soczewek
i znowu znika w swoim pokoju. Nosi soczewki? Hm… założę się, że wyglądałby
naprawdę seksownie w okularach.
Właśnie,
kiedy jestem przekonana, że on już nie wróci, wchodzi z powrotem do salonu i
rozkłada się obok mnie na kanapie. – Chcesz obejrzeć trochę bezmyślnej
telewizji? – pyta, podnosząc pilota.
- Tak –
odpowiadam z wdzięcznością.
Więc
siedzimy i oglądamy seriale, reality show… cokolwiek jest. Śmiejemy się z tych
samych rzeczy i nabijamy się z ludzi w telewizji. Zane’owi nawet nie
przeszkadza mój sarkazm. Wydaje się go lubić. Dzielimy się naszymi ulubionymi
serialami.
Nie pamiętam
zaśnięcia. Następne co wiem to to, że Zane podnosi mnie z kanapy i zanosi do
mojego pokoju – jakbym nic nie ważyła.
Bycie w jego
silnych ramionach jest takie… to niewiarygodnie drogocenne uczucie. Udaję, że
śpię tylko po to, żeby tam zostać. Delikatnie kładzie mnie na moim łóżku i
nakrywa kołdrą. Otwieram oczy, czując, jak nachyla się nade mną.
- Słodkich
snów, Violet – szepcze, całując mnie w czoło.
Słodkich
snów, w rzeczy samej.
Chwila,
jeszcze nie skończyłam być głupią damą w opałach.
Następnego
popołudnia opuszczamy z Lauren Taco Bell i orientujemy się, że moje auto ma
przebitą oponę – a ja nie mam zapasowej. Gdzie ona poszła? Mogłam ją raz
przenieść, żeby zrobić miejsce w bagażniku – teraz sobie przypominam. Robiłam
miejsca na pudła pinaty. Nie pytajcie.
Zanim zdaję
sobie sprawę, co robię, dzwonię do Zane’a. Śmieje się z mojego zażenowanego
tonu i obiecuje być tam za dwadzieścia minut z nową oponą.
Przyjeżdża w
piętnaście minut. Przedstawiam go Lauren – która jest należycie pod podziwem –
a on bez wysiłku wymienia oponę, kiedy my obserwujemy. Czemu to takie seksowne,
kiedy gorący faceci robią męskie rzeczy, takie jak praca nad samochodem? Albo
może to tylko Zane. Wszystko co robi jest seksowne. Nie tylko ja tak myślę,
osądzając po grupie dziewczyn, które zatrzymały się, żeby pożerać go wzrokiem.
Niech to
szlag, tylko ja powinnam móc pożerać go wzrokiem. Pierwsza go znalazłam! Lub
coś nie tak głupiego.
Lauren jest
zbulwersowana moich zachowaniem. Staję się przy nim rozchichotaną kretynką.
Obrzydzam siebie, ale nie mogę przestać. Zakrywam dłońmi usta i zmuszam się do
stania cicho przy Lauren. Kiedy Zane kończy, klepie mnie po głowie jak
szczeniaka i ostrzega mnie, żebym nie wpakowywała się w kłopoty. Potem wskakuje
do swojego seksownego autka i odjeżdża.
- Wow – mówi
Lauren, patrząc jak odjeżdża.
- Na Zane’a
czy moje absurdalne kretyństwo? – pytam potulnie.
- Oba. –
Przygląda mi się współczująco. – V, jesteś w nim mocno zadurzona.
- Tak –
przyznaję w końcu, opadając na siedzenie w samochodzie. – Żałosne, prawda?
- On cię
lubi, ale nie chce tego.
- Co? –
Odwracam się do niej z uniesionymi brwiami. – Możesz to stwierdzić po pięciu
minutach, kiedy tutaj był?
- Nie. –
Wzdycha. – Mogę to stwierdzić przez to, jak musiał co chwilę odrywać od ciebie
wzrok. Zadzwoniłaś do niego, a on przyjechał na ratunek. Cały czas spędza z
tobą czas. Myślisz, że taki facet nie miałby lepszych rzeczy do roboty niż
oglądanie z tobą filmów przez całą noc?
- Au –
mówię, bardziej niż trochę urażona.
Lauren
patrzy na mnie rozsądnie. – Sama widziałaś z jakimi kobietami się umawia.
Widziałaś go z inną dziewczyną odkąd wy dwoje zaczęliście stawać się tacy
poufali?
- Poufali –
powtarzam, uśmiechając się ironicznie. – I nie. Ale powiedział, że nie będzie
przyprowadzał do domu zdzir po ostatnim razie. O ile mi wiadomo, chodzi do ich
domów czy… coś w tym stylu.
Wzrusza
tylko ramionami. – Jeśli go chcesz, V, to jestem pewna, że on cię nie odrzuci.
Prycham,
odpalając auto. Ale w głębi duszy mały kwiatuszek nadziei zakwita w mojej
klatce piersiowej.
Jeśli go chcę, mówi.
Nie sądzę,
bym kiedykolwiek chciała czegoś bardziej w życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz