Mama
wyjeżdża na miesiąc miodowy, a ja nie chcę, żeby jechała!
- Nie możesz
przesadzać – mówię jej po raz piąty.
Jesteśmy
teraz na lotnisku. Są tutaj również Bill i Jane, ale ignoruję ich.
- Nic mi nie
będzie, Violet – śmieje się mama. Jej oczy iskrzą się z podnieceniem. Nie może
się doczekać, aż wsiądzie do samolotu.
- I
pamiętaj, żeby trzymać się z daleka od choro wyglądających ludzi. Ale nawet,
jeśli nie będą wyglądać na chorych, wciąż mogą…
- Violet.
Mama
powstrzymuje moją paplaninę, kładąc dłonie na moich policzkach. – Już nie
musimy się tym martwić. Nic mi nie jest. Właściwie to nigdy nie czułam się
lepiej.
Patrzę w jej
błyszczące oczy, widząc tam szczęście – i przełykam wszystkie słowa przestrogi.
– Może nie chcę, żebyś zbyt dobrze bawiła się beze mnie.
Mama
uśmiecha się szeroko i ściska moje policzki. – Zawsze będziesz w moich myślach
– mówi słodko.
- Mam
nadzieję, że nie zawsze – mówię przez ściśnięte usta. – Przynajmniej nie wtedy,
gdy będziecie z Billem przechodzić do tego i owego.
- Violet! –
Mama śmieje się, puszczając moją twarz. Odwraca się do Jane, żeby przytulić ją
na pożegnanie.
Patrzę na
Billa, który stoi tam, bawiąc się naręczem urządzeń elektrycznych.
Przypuszczam, że wyciągnął je, by być gotowym na przejście przez ochronę.
- Miłej
podróży, Bill – mówię. – Wyślij mi wiele fajnych zdjęć.
Kiwa do mnie
z cieniem uśmiechu na ustach. – Wyślę. Również będę się nią opiekował.
Niezobowiązująco
klepię go po barku. – Dziękuję.
Wszyscy się
żegnamy, a potem o wiele zbyt szybko mama i Bill stają w kolejce do przeprawy.
W tym momencie razem z Jane pociągamy nosem.
- Czyż Lily
nie wygląda pięknie? – wzdycha Jane, patrząc z rozmarzeniem za mamą.
Zawsze
zastanawiałam się czy Jane miała do niej słabość. Czasami to jak na nią patrzy…
tak jak ja kiedyś patrzyłam na ciastka.
Albo tak jak
patrzyłam na Zane’a…
- Dobra,
dzieciaku – mówi Jane, zarzucając ramiona na moje barki. – Wygląda na to, że
zostałyśmy tylko ty i ja. Co powiesz na pizzę i Ho Ho na kolację?
- Jane –
odpowiadam, patrząc na nią. – Myślę, że będę uwielbiać zostanie z tobą.
- O mój
Boże, Violet. Już nie możesz u mnie zostać!
Siadam na
kanapie, na której leżałam. – Co?
Jane chodzi
w tę i z powrotem z komórka w ręce. Jej bujne czarne włosy pływają w
rozczochranej chmurze wokół głowy. – Emily jedzie teraz na porodówkę – mówi
zwięźle. – Muszę do niej jechać.
Rozszerzam
oczy z niepokojem. Emily jest jej jedyną córką i jest w ciąży z pierwszym
wnukiem Jane. – Nie jest ona dopiero w szóstym czy siódmym miesiącu?
- Szóstym i
pół. Muszę zarezerwować lot do Atlanty… och, gdzie położyłam torebkę?
Wskazuję w
stronę kuchni. – Widziałam ją na blacie obok mikrofali.
- Dzięki. –
Stoi niezdecydowanie. – Nie wiem, co robić… nie wiem jak długo Emily będzie mnie
tam potrzebować. Chyba powinnam zadzwonić do twojej matki. Albo… jest ktoś, z
kim mogłabyś zostać?
Zagryzam
wargę, myśląc. Szybko wyrzucam Lauren ze swoich perspektyw. Jej mieszkanie już
jest zbyt zatłoczone, a jej mama ma dziwny stosunek do ludzi nocujących tam
jedną noc – wątpię, by na to pozwoliła. Kogo innego to pozostawiało? Nie Matta,
z oczywistych powodów. Boże, nie wiem. Żaden z moich krewnych nie mieszka dość
blisko Hidden Cove, by było to realne, a ja nie przyjaźnię się z nikim tak
blisko, żeby poprosić. – Nie mogę sama tutaj zostać? – pytam.
Jane rozważa
to, lecz potem szybko zaprzecza. – Nie, nie! Cały sens twojego pobytu tutaj był
w tym, żebyś nie była sama. Lily oszalałaby. Och, nie cierpię tego robić, ale
nie mamy wyboru. Chyba do niej zadzwonię…
- Nie,
poczekaj!
Nie ma mowy,
że pozwolę, aby to przerwało wymarzone wakacje mamy. A znając ją, natychmiast
wskoczy do samolotu i wróci do domu. Nie mogę jej na to pozwolić.
- Wiesz co?
Mogę zostać z Lauren – mówię prędko. – To nic takiego. Mogę spać na kanapie,
żaden problem.
Jane waha
się. – Jesteś pewna? Zadzwoń do niej teraz i zapytaj.
- Um… dobra.
Schodzę z
kanapy i zabieram telefon ze stolika. Udając wybijanie jej numeru, idę do
kuchni dla prywatności. Wtedy na wypadek, gdyby Jane podsłuchiwała, udaję, że
rozmawiam z Lauren, a ona zgadza się, żebym została w jej mieszkaniu.
Gdy wracam
do salonu, Jane patrzy na mnie z nadzieją. Wymuszam uśmiech, potakując. –
Zgodziła się.
Wzdycha z
ulgą. – O dzięki Bogu! Okej, muszę zamówić bilet internetowo, spakować się i w
ogóle. Kochanie, mogłabyś zarezerwować za mnie bilet? Moja karta kredytowa jest
w torebce – jednak użyj tej biznesowej. Nie sądzę bym miała miejsce na bilet na
innych.
- Pewnie,
żaden problem.
Rezerwuję
lot w jedną stronę stąd do Atlanty, startujący dzisiaj o dziewiętnastej
pięćdziesiąt – za pięć godzin. Jane biega wokoło jak oszalała, pakując torby i
martwiąc się o córkę. Staram się nie wchodzić jej w drogę, robiąc to, o co
prosi.
Wreszcie
jest spakowana i gotowa, abym zawiozła ją na lotnisko. Z niepokojem sprawdza
torebkę, upewniając się, że ma wszystko.
- Dałam ci
klucz, prawda? – pyta po raz kolejny, gdy wychodzimy z domu.
- Tak.
- Dobra.
Zadzwoniłam do sąsiadki Lindy, żeby sprawdzała moje mieszkanie i podlewała
rośliny, żebyś ty nie musiała się tym niepokoić. Och… mogłabyś zrobić coś z
łatwo psującym się jedzeniem z lodówki? Weź ze sobą albo oddaj.
- Okej.
Rozluźnij się, wszystkim się tutaj zajmę, a jeżeli czegoś zapomniałaś, zawsze
mogę ci to przesłać pocztą.
- Racja,
racja. – Jane głośno wypuszcza powietrze. – Biedna Emmy. Tak bardzo płakała
przez telefon.
Poklepuję ją
po dłoni. – Poczuje się lepiej, gdy już tam z nią będziesz.
- Tak.
Violet, bardzo przepraszam! Proszę, powiedz Lily, że jakoś jej to wynagrodzę.
- Nie,
niczym się nie martw – prędko jej przerywam. – Nic mi nie będzie. Będę miała z
Lauren jedno poszerzone nocowanie – będzie świetnie. Ale zrób mi przysługę –
nie wspominaj o tym mamie. Będzie tylko się zamartwiać.
Jane ciągnie
za luźne pasemko. – Masz rację. Nawet nie powiem jej o Emmy. Znając ją,
poleciałaby prosto do Atlanty, żeby pomóc. Ale, boziu, nienawidzę jej kłamać.
- Wszystko
będzie w porządku – mówię stanowczo, odpalając samochód. – Mama będzie się
dobrze bawić, tak jak na to zasługuje, ty będziesz opiekować się córką, a ja
będę bezpieczna z Lauren. Wszystko dobrze się ułoży.
Chciałabym
uwierzyć własnym słowom, zważając na to, że właśnie stałam się bezdomna.
Znajduję się
drugi raz na lotnisku w ciągu dwóch dni. Z ostatnim uściskiem i przypomnieniem
abym zamknęła, zanim wyjdę, Jane pędzi do jej bramki.
Okej, teraz
co? Mogę sobie kupić może dzień lub dwa w mieszkaniu, ale tylko tyle. Może
mogłabym ukrywać się w szafie za każdym razem, kiedy sąsiadka Jane przyjdzie
sprawdzić mieszkanie?
Tak,
wyobrażam sobie jak pójdzie to źle, kiedy sąsiadka stanie się wścibska i
otworzy drzwiczki – kończąc na tym, że zostanę za coś aresztowana.
Co ja
zrobię?
Tym razem
naprawdę dzwonię do Lauren, żeby zobaczyć czy ona ma jakieś pomysły. Próbuje
zapytać swoją mamę czy mogę zostać, przynajmniej na parę dni, ale jej mama
wariuje, więc to jest nie.
- Co
zamierzasz zrobić? – Chce wiedzieć Lauren.
- Nie wiem –
odpowiadam, starając się trzymać panikę z dala od głosu. – Coś wymyślę.
Rozłączam
się z Lauren, po czym opadam na kanapę Jane, przewijając moją żałośnie krótką
listę kontaktów.
Zatrzymuję
się na ostatnim imieniu. Maleńkie nasienie nadziei kiełkuje w mojej klatce
piersiowej. Ale czy odważę się do niego zadzwonić?
Czy mam
wybór?
Nie dzwonię.
Postanawiam po prostu się pokazać. Sama nie wiem. Gdzieś w głowie wymyśliłam,
że będzie trudniej mi odmówić, jeżeli pojawię się na jego progu z walizkami i
smutną miną pandy.
Naprawdę to
robię?
Naprawdę.
Już
wcześniej byłam w tym domu, kiedy mama dała mi szybką wycieczkę.
Nowy dom
Billa (również nasz dom) jest rozciągniętą rezydencją z osobistą drogą
dojazdową i kamienną fontanną na dziedzińcu. Myślę, że wygląda jak
śródziemnomorska willa z dachem pokrytym czerwonymi dachówkami oraz dużymi
świecącymi oknami. Wewnątrz jest tak samo wspaniały. Uwielbiam sklepione sufity
i eleganckie zakręcone schody. Dom ma także siedem sypialń i osiem łazienek!
Nawet nie
mogę sobie wyobrazić mieszkających tam mnie i mamy. Co my zrobimy z tą całą
przestrzenią?
Ale to
szczęśliwe myśli na inny dzień.
Zajeżdżam na
tył, gdzie jest dom z basenem, oczywiście obok basenu olimpijskiej wielkości.
Powoli
wysiadam z samochodu, coraz bardziej niepewna mojego planu. Powinnam zabrać
walizkę, żeby wyglądać bardziej żałośnie? Nie, to głupie. Jeśli odmówi, będę
czuć się śmiesznie. Może powinnam po prostu odjechać.
Nie, nie
mogę. Nie ma gdzie iść. Jeśli odmówi, to mam przerąbane.
Dom z
basenem jest małym ładnym domkiem pasującym stylem do głównego domu. Wygląda na
mniejszy niż pamiętam i modlę się, żeby miał więcej niż jeden pokój.
Światła są
zapalone. Jest w domu. Biorąc głęboki wdech, pukam dziarsko do drzwi. I czekam.
Wow,
naprawdę długo zajmuje mu przyjście. Wycieram spocone dłonie o dżinsy i
przygotowuję, żeby znowu zapukać.
Drzwi
otwierają się, a ja ledwie powstrzymuję się od stuknięciem pięścią w jego tors.
Jego nagi
tors.
O. Mój.
Boże.
Zane bez
koszulki jest objawieniem. Jest cały z gładkiej miodowej skóry i lśniących
mięśni. Barki ma szerokie i zwarte, a klatka piersiowa i mięśnie brzucha są tak
wyraźnie podkreślone, że mogły zostać wyrzeźbione z granitu.
Mój wzrok
kontynuuje swoją podróż w dół jego wąskiej talii i… o rany. Ma odpięty górny
guzik dżinsów.
Z jakiegoś
powodu ten odpięty guzik uderza we mnie jak najseksowniejsza rzecz. Na widok
tego czyste pożądanie wybucha w moim ciele.
Takie seksowne!
- Violet.
Zachrypnięty
głos Zane’a wyrywa mnie z oszalałej seksem śpiączki. Przeciąga ręką przez
zmierzwione, poważnie urocze, właśnie-się-obudziłem włosy. – Co ty tutaj
robisz?
- Um. –
Nerwowo odchrząkuję. – Tak jakby potrzebuję miejsca na pobyt.
W
pośpiesznych słowach wyjaśniam swoją sytuację. On słucha milcząco z neutralnym
wyrazem twarzy, opierając ramię o framugę drzwi. Jestem totalnie rozpraszana
przez jego napięty biceps.
- Obiecuję,
że nie będę wchodzić ci w drogę – kończę. – Nawet nie będziesz wiedział, że
tutaj jestem.
Wolny
uśmiech pojawia się w kącikach jego ust. – Jakoś w to wątpię.
Otwiera
szerzej drzwi, a ja biorę to za zaproszenie, by ostrożnie przejść obok niego.
Um, mniam, pachnie jak ciepły,
seksowny mężczyzna, prosto z łóżka.
Rozglądam
się po moim nowym otoczeniu. Jest trochę większe od starego mieszkania z
prostym planem pomieszczeń. Salon w kształcie prostokąta jest słabo udekorowany
z kanapą w kształcie litery L i leżanką ustawioną w kierunku wielkiego telewizora
z płaskim ekranem o imponującym wyglądzie. Z rozbawieniem zauważam, że centrum
rozrywki ma, na to wygląda, każdy rodzaj automatu do gry znanemu człowiekowi.
Nie ma tu dużo więcej; szklany stolik do kawy przed kanapą, kilka lamp
stojących i fantazyjna biblioteczka wypakowana klasyką oprawioną skórą.
Niewielka
otwarta kuchnia jest na lewo i cieszę się, widząc, że jest schludna i czysta –
żadnych brudnych naczyń w umywalce czy pustych pudełek po pizzy na blacie.
Jest krótki
korytarz bezpośrednio przed drzwiami wejściowymi, który, jak przypuszczam,
prowadzi do sypialń i łazienek.
Właśnie mam
iść to sprawdzić, kiedy wysoka, niezwykle piękna dziewczyna wychodzi z
otwartego pokoju.
Otwieram
szeroko oczy z zaskoczenia i konsternacji. Panna Supermodelka ma na sobie
maleńkie stringi i nic więcej.
Bez krztyny
nieśmiałości, podchodzi wolnym krokiem do Zane’a, odrzucając długie błyszczące
włosy. – Zane – mówi zachrypniętym, akcentowanym głosem. – Wracaj do łóżka.
On uśmiecha
się do niej, gdy ta jego szyję ramionami. – Natassia, mamy towarzystwo.
„Natassia”
posyła mi leniwe spojrzenie ciemnych egzotycznych oczu. – Kto to jest?
Przyszła, żeby z nami imprezować?
Co? Fu!
Zane widzi
moją przerażoną reakcję i uśmiecha się ironicznie. – Nie. To moja przyrodnia
siostra. Może idź się ubrać?
Supermodelka
ładnie wydyma wargi. Wyciąga się, żeby szepnąć mu coś do ucha, wywołując u
niego seksowny chichot. Kładzie rękę na jej biodrze i coś odmrukuje.
Co do
diabła? Stoję tam niezręcznie, starając się patrzeć wszędzie, tylko nie na
nich. Czemu tylko ja tutaj jestem zawstydzona? To oni są na wpół nadzy!
Natassia
mruczy coś w obcym języku, potem wraca do pokoju, uwodzicielsko kręcąc
biodrami. Oczy Zane’a wydają się przyklejone do jej tyłka.
- Zaraz
wrócę – mówi do mnie, po czym podąża za nią do pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Jestem
wrośnięta w ziemię, czekam. Powinnam wyjść? Lepiej żeby nie uprawiali tam
seksu.
Wydaje się
jakby minęły godziny, gdy w końcu wychodzą. Natassia, ku mojej uldze, ma na
sobie ubrania. Nosi obcisłą szarą sukienkę, zabójcze czarne botki oraz
zadowolony uśmiech. Zane narzucił na siebie koszulę z długimi rękawami,
pozostawiając ją niezapiętą. Oboje wyglądają romantycznie i seksownie, jak
okładka pikantnej szpiegowskiej powieści.
Wychodząc,
panna Supermodelka rzuca w moją stronę uśmieszek. Z twarzy znika mój uprzejmy
uśmiech. Przez ramię mówi coś do Zane’a w swoim języku (może rosyjskim?). On
jedynie śmieje się, kręcąc głową.
Kiedy już
jej nie ma, odwracam się do niego. – Co ona powiedziała? Coś o mnie?
Zane zamyka
drzwi i przygląda mi się przez na wpółprzymknięte powieki. – Nie chcesz
wiedzieć.
Krzywię się,
niezręcznie przestępując z nogi na nogę. – Czy to twoja dziewczyna?
- Nie mam
dziewczyny. Masz jakieś torby?
- Um, tak, w
samochodzie.
Unosi rękę.
– Daj mi swoje kluczyki, a ja ci je wniosę. W międzyczasie czuj się jak u
siebie w domu.
Grzebię w
kieszeni, szukając kluczy i mu je rzucam. – Dziękuję.
- Nie ma
problemu. Zaraz wrócę.
Zane
wychodzi na zewnątrz, a ja od razu zaczynam przechadzkę. Kuchnia ma przesuwane
szklane drzwi otwierające się tuż przy basenie. Nieźle.
Kieruję się
do korytarza. Pierwszy pokój jest mały i zawiera królewskie łóżko, komodę i
zabytkowo wyglądającą toaletkę. Uśmiecham się z ulgą. To będzie idealnie dobre
na miesiąc. Dobra, sprawdźmy łazienkę.
Jest tuż
przy drzwiach i wygląda na całkowicie nieużywaną, świetnie. Ma toaletę,
umywalkę i…
Nie ma
prysznica.
Rozglądam
się dziko. Gdzie jest prysznic? Och, niedobrze.
Wsuwam głowę
do drugiego pokoju – pokoju Zane’a. Przesuwam wzrokiem po wielkim łóżku,
komodzie, biurku, regale… i są drugie drzwi. Główna łazienka.
Słyszę drzwi
wejściowe i wybiegam. Zane trzyma wszystkie moje torby, niosąc je jakby nic nie
ważyły.
- Czemu moja
łazienka nie ma prysznica? – żądam, jakby była to jego wina.
- Bo nie ma.
Główna łazienka ma – mówi. Przechodzi obok mnie do mojej sypialni.
Idę za nim,
patrząc jak kładzie torby na łóżku. Kiedy dalej wpatruję się w niego, unosi
brew. – Czy jest jakiś problem?
- Tak! –
Wyrzucam ręce w powietrze. – To nie zadziała! Potrzebuję brać prysznic.
- Bierz w
mojej łazience – mówi, wzruszając ramionami.
Patrzę na
niego przerażona. – Nie mogę po prostu wejść do twojego pokoju!
- Tak, mam
nadzieję, że najpierw zapukasz. To nic takiego, Violet.
Zane
wychodzi, kierując się do swojego pokoju. Zatrzymuje się na progu, przywołując
mnie gestem ręki. – Chodź.
Spoglądam na
niego ostrożnie. Chciałabym, żeby zapiął koszulę. Wtedy byłabym w stanie lepiej
myśleć. Otwarty materiał oprawia jego nieskazitelną skórę i twarde mięśnie.
Poważnie czuję się teraz jak zboczeniec – nie mogę przestać zerkać na jego
tors.
Tymczasem
Zane czeka. Krzyżuje imponujące ramiona na imponującej klatce piersiowej. – Nie
bój się, dziewczynko – szydzi. – Nie gryzę.
Ugh! – Ja tak – warczę, mijając go.
- Będę
musiał pamiętać – śmieje się.
Uznał to za
coś nieprzyzwoitego? Nie widzę jak, ale nigdy nie można stwierdzić z facetami.
Och,
nieważne. Stoję w pokoju Zane’a razem z nim! Pachnie jak on: świeży, czysty
zapach i jakiś rodzaj męskiego żelu do ciała – i wiszący nad tym egzotyczny zapach
perfum dziewczyny. Nie mogę oderwać wzroku od jego łóżka, gdzie prawdopodobnie
dopiero co uprawiał seks z tą Natassią. Na tę myśl cała się rumienię. Nie chcę
wyobrażać sobie Zane’a uprawiającego seks. Um, fu… prawda? W ogóle nie
seksowne.
Nie.
- Bardzo
rzadko jestem w domu – mówi za mną jego głos. – Jestem pewien, że możemy
ustalić harmonogram. Łazienka jest tutaj.
- Okej.
Ostrożnie
sprawdzam łazienkę. Jest naprawdę ładna i duża. Podwójne umywalki, prysznic
otoczony szkłem i… oooch!
- Wanna z
hydromasażem! Zawsze chciałam taką wypróbować! – wykrzykuję, pochylając się,
żeby jej się przyjrzeć. – Strumienie są regulowane?
- Sądzę, że
tak.
Czemu brzmi
na tak rozbawionego? Odwracam się i przyglądam mu się podejrzliwie. Uśmiecha
się do mnie niewinnie.
- Mięśnie
pleców czasami mi sztywnieją – mówię, wyjaśniając. – Coś gorącego i twardego
wycelowanego we mnie na pewno pomogłoby mi się rozluźnić.
Zane jedynie
uśmiecha się szerzej. – Bez wątpienia.
O Boże, co
ja właśnie powiedziałam?!
- To nie to…
miałam na myśli strumienie, nie ciebie! – Wycofuję się szybko. – Nie żebyś
kiedyś celował we mnie czymś gorącym i twardym! To znaczy… ja mówiłam o strumieniach, nie twoim… nie czymś na
tobie, to na pewno!
Teraz
nabieram głębokie sapiące wdechy. Przestań gadać, Violet! Zamknij się! Opadam
na skraj wanny, naprawdę sobą zbulwersowana i trzęsę się z upokorzenia.
- Violet.
Zane klęka
przede mną i poklepuje mnie po kolanie. – Wszystko w porządku – mówi
współczująco. – Wiem, co miałaś na myśli.
Piorunuję go
wzrokiem. – Nie chciałam brzmieć na zboczeńca! To twoja wina, otwierasz drzwi
bez koszulki a potem ta naga dziewczyna z… a potem ty i ona – tuż przede mną!
Cóż, nic dziwnego, że mam w głowie brudne myśli.
- Ja…
przepraszam?
- Dziękuję.
– Gwałtownie wstaję. – Dobra, ja będę… szła. Mam jutro szkołę, a jest… -
Sprawdzam komórkę. – Jest dwudziesta. Już dawno minęła moja pora snu. Więc…
dzięki za pozwolenie mi na zostanie. A teraz pa.
Nie
powiedziałabym, że wyszłam, bardziej stamtąd wybiegłam.
Taa, nie, to
poszło świetnie. Teraz pójdę udusić się poduszką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz