11.3.14

Rozdział 7

Mama wyjeżdża na miesiąc miodowy, a ja nie chcę, żeby jechała!
- Nie możesz przesadzać – mówię jej po raz piąty.
Jesteśmy teraz na lotnisku. Są tutaj również Bill i Jane, ale ignoruję ich.
- Nic mi nie będzie, Violet – śmieje się mama. Jej oczy iskrzą się z podnieceniem. Nie może się doczekać, aż wsiądzie do samolotu.
- I pamiętaj, żeby trzymać się z daleka od choro wyglądających ludzi. Ale nawet, jeśli nie będą wyglądać na chorych, wciąż mogą…
- Violet.
Mama powstrzymuje moją paplaninę, kładąc dłonie na moich policzkach. – Już nie musimy się tym martwić. Nic mi nie jest. Właściwie to nigdy nie czułam się lepiej.
Patrzę w jej błyszczące oczy, widząc tam szczęście – i przełykam wszystkie słowa przestrogi. – Może nie chcę, żebyś zbyt dobrze bawiła się beze mnie.
Mama uśmiecha się szeroko i ściska moje policzki. – Zawsze będziesz w moich myślach – mówi słodko.
- Mam nadzieję, że nie zawsze – mówię przez ściśnięte usta. – Przynajmniej nie wtedy, gdy będziecie z Billem przechodzić do tego i owego.
- Violet! – Mama śmieje się, puszczając moją twarz. Odwraca się do Jane, żeby przytulić ją na pożegnanie.
Patrzę na Billa, który stoi tam, bawiąc się naręczem urządzeń elektrycznych. Przypuszczam, że wyciągnął je, by być gotowym na przejście przez ochronę.
- Miłej podróży, Bill – mówię. – Wyślij mi wiele fajnych zdjęć.
Kiwa do mnie z cieniem uśmiechu na ustach. – Wyślę. Również będę się nią opiekował.
Niezobowiązująco klepię go po barku. – Dziękuję.
Wszyscy się żegnamy, a potem o wiele zbyt szybko mama i Bill stają w kolejce do przeprawy. W tym momencie razem z Jane pociągamy nosem.
- Czyż Lily nie wygląda pięknie? – wzdycha Jane, patrząc z rozmarzeniem za mamą.
Zawsze zastanawiałam się czy Jane miała do niej słabość. Czasami to jak na nią patrzy… tak jak ja kiedyś patrzyłam na ciastka.
Albo tak jak patrzyłam na Zane’a…
- Dobra, dzieciaku – mówi Jane, zarzucając ramiona na moje barki. – Wygląda na to, że zostałyśmy tylko ty i ja. Co powiesz na pizzę i Ho Ho na kolację?
- Jane – odpowiadam, patrząc na nią. – Myślę, że będę uwielbiać zostanie z tobą.

- O mój Boże, Violet. Już nie możesz u mnie zostać!
Siadam na kanapie, na której leżałam. – Co?
Jane chodzi w tę i z powrotem z komórka w ręce. Jej bujne czarne włosy pływają w rozczochranej chmurze wokół głowy. – Emily jedzie teraz na porodówkę – mówi zwięźle. – Muszę do niej jechać.
Rozszerzam oczy z niepokojem. Emily jest jej jedyną córką i jest w ciąży z pierwszym wnukiem Jane. – Nie jest ona dopiero w szóstym czy siódmym miesiącu?
- Szóstym i pół. Muszę zarezerwować lot do Atlanty… och, gdzie położyłam torebkę?
Wskazuję w stronę kuchni. – Widziałam ją na blacie obok mikrofali.
- Dzięki. – Stoi niezdecydowanie. – Nie wiem, co robić… nie wiem jak długo Emily będzie mnie tam potrzebować. Chyba powinnam zadzwonić do twojej matki. Albo… jest ktoś, z kim mogłabyś zostać?
Zagryzam wargę, myśląc. Szybko wyrzucam Lauren ze swoich perspektyw. Jej mieszkanie już jest zbyt zatłoczone, a jej mama ma dziwny stosunek do ludzi nocujących tam jedną noc – wątpię, by na to pozwoliła. Kogo innego to pozostawiało? Nie Matta, z oczywistych powodów. Boże, nie wiem. Żaden z moich krewnych nie mieszka dość blisko Hidden Cove, by było to realne, a ja nie przyjaźnię się z nikim tak blisko, żeby poprosić. – Nie mogę sama tutaj zostać? – pytam.
Jane rozważa to, lecz potem szybko zaprzecza. – Nie, nie! Cały sens twojego pobytu tutaj był w tym, żebyś nie była sama. Lily oszalałaby. Och, nie cierpię tego robić, ale nie mamy wyboru. Chyba do niej zadzwonię…
- Nie, poczekaj!
Nie ma mowy, że pozwolę, aby to przerwało wymarzone wakacje mamy. A znając ją, natychmiast wskoczy do samolotu i wróci do domu. Nie mogę jej na to pozwolić.
- Wiesz co? Mogę zostać z Lauren – mówię prędko. – To nic takiego. Mogę spać na kanapie, żaden problem.
Jane waha się. – Jesteś pewna? Zadzwoń do niej teraz i zapytaj.
- Um… dobra.
Schodzę z kanapy i zabieram telefon ze stolika. Udając wybijanie jej numeru, idę do kuchni dla prywatności. Wtedy na wypadek, gdyby Jane podsłuchiwała, udaję, że rozmawiam z Lauren, a ona zgadza się, żebym została w jej mieszkaniu.
Gdy wracam do salonu, Jane patrzy na mnie z nadzieją. Wymuszam uśmiech, potakując. – Zgodziła się.
Wzdycha z ulgą. – O dzięki Bogu! Okej, muszę zamówić bilet internetowo, spakować się i w ogóle. Kochanie, mogłabyś zarezerwować za mnie bilet? Moja karta kredytowa jest w torebce – jednak użyj tej biznesowej. Nie sądzę bym miała miejsce na bilet na innych.
- Pewnie, żaden problem.
Rezerwuję lot w jedną stronę stąd do Atlanty, startujący dzisiaj o dziewiętnastej pięćdziesiąt – za pięć godzin. Jane biega wokoło jak oszalała, pakując torby i martwiąc się o córkę. Staram się nie wchodzić jej w drogę, robiąc to, o co prosi.
Wreszcie jest spakowana i gotowa, abym zawiozła ją na lotnisko. Z niepokojem sprawdza torebkę, upewniając się, że ma wszystko.
- Dałam ci klucz, prawda? – pyta po raz kolejny, gdy wychodzimy z domu.
- Tak.
- Dobra. Zadzwoniłam do sąsiadki Lindy, żeby sprawdzała moje mieszkanie i podlewała rośliny, żebyś ty nie musiała się tym niepokoić. Och… mogłabyś zrobić coś z łatwo psującym się jedzeniem z lodówki? Weź ze sobą albo oddaj.
- Okej. Rozluźnij się, wszystkim się tutaj zajmę, a jeżeli czegoś zapomniałaś, zawsze mogę ci to przesłać pocztą.
- Racja, racja. – Jane głośno wypuszcza powietrze. – Biedna Emmy. Tak bardzo płakała przez telefon.
Poklepuję ją po dłoni. – Poczuje się lepiej, gdy już tam z nią będziesz.
- Tak. Violet, bardzo przepraszam! Proszę, powiedz Lily, że jakoś jej to wynagrodzę.
- Nie, niczym się nie martw – prędko jej przerywam. – Nic mi nie będzie. Będę miała z Lauren jedno poszerzone nocowanie – będzie świetnie. Ale zrób mi przysługę – nie wspominaj o tym mamie. Będzie tylko się zamartwiać.
Jane ciągnie za luźne pasemko. – Masz rację. Nawet nie powiem jej o Emmy. Znając ją, poleciałaby prosto do Atlanty, żeby pomóc. Ale, boziu, nienawidzę jej kłamać.
- Wszystko będzie w porządku – mówię stanowczo, odpalając samochód. – Mama będzie się dobrze bawić, tak jak na to zasługuje, ty będziesz opiekować się córką, a ja będę bezpieczna z Lauren. Wszystko dobrze się ułoży.
Chciałabym uwierzyć własnym słowom, zważając na to, że właśnie stałam się bezdomna.
Znajduję się drugi raz na lotnisku w ciągu dwóch dni. Z ostatnim uściskiem i przypomnieniem abym zamknęła, zanim wyjdę, Jane pędzi do jej bramki.
Okej, teraz co? Mogę sobie kupić może dzień lub dwa w mieszkaniu, ale tylko tyle. Może mogłabym ukrywać się w szafie za każdym razem, kiedy sąsiadka Jane przyjdzie sprawdzić mieszkanie?
Tak, wyobrażam sobie jak pójdzie to źle, kiedy sąsiadka stanie się wścibska i otworzy drzwiczki – kończąc na tym, że zostanę za coś aresztowana.
Co ja zrobię?
Tym razem naprawdę dzwonię do Lauren, żeby zobaczyć czy ona ma jakieś pomysły. Próbuje zapytać swoją mamę czy mogę zostać, przynajmniej na parę dni, ale jej mama wariuje, więc to jest nie.
- Co zamierzasz zrobić? – Chce wiedzieć Lauren.
- Nie wiem – odpowiadam, starając się trzymać panikę z dala od głosu. – Coś wymyślę.
Rozłączam się z Lauren, po czym opadam na kanapę Jane, przewijając moją żałośnie krótką listę kontaktów.
Zatrzymuję się na ostatnim imieniu. Maleńkie nasienie nadziei kiełkuje w mojej klatce piersiowej. Ale czy odważę się do niego zadzwonić?
Czy mam wybór?

Nie dzwonię. Postanawiam po prostu się pokazać. Sama nie wiem. Gdzieś w głowie wymyśliłam, że będzie trudniej mi odmówić, jeżeli pojawię się na jego progu z walizkami i smutną miną pandy.
Naprawdę to robię?
Naprawdę.
Już wcześniej byłam w tym domu, kiedy mama dała mi szybką wycieczkę.
Nowy dom Billa (również nasz dom) jest rozciągniętą rezydencją z osobistą drogą dojazdową i kamienną fontanną na dziedzińcu. Myślę, że wygląda jak śródziemnomorska willa z dachem pokrytym czerwonymi dachówkami oraz dużymi świecącymi oknami. Wewnątrz jest tak samo wspaniały. Uwielbiam sklepione sufity i eleganckie zakręcone schody. Dom ma także siedem sypialń i osiem łazienek!
Nawet nie mogę sobie wyobrazić mieszkających tam mnie i mamy. Co my zrobimy z tą całą przestrzenią?
Ale to szczęśliwe myśli na inny dzień.
Zajeżdżam na tył, gdzie jest dom z basenem, oczywiście obok basenu olimpijskiej wielkości.
Powoli wysiadam z samochodu, coraz bardziej niepewna mojego planu. Powinnam zabrać walizkę, żeby wyglądać bardziej żałośnie? Nie, to głupie. Jeśli odmówi, będę czuć się śmiesznie. Może powinnam po prostu odjechać.
Nie, nie mogę. Nie ma gdzie iść. Jeśli odmówi, to mam przerąbane.
Dom z basenem jest małym ładnym domkiem pasującym stylem do głównego domu. Wygląda na mniejszy niż pamiętam i modlę się, żeby miał więcej niż jeden pokój.
Światła są zapalone. Jest w domu. Biorąc głęboki wdech, pukam dziarsko do drzwi. I czekam.
Wow, naprawdę długo zajmuje mu przyjście. Wycieram spocone dłonie o dżinsy i przygotowuję, żeby znowu zapukać.
Drzwi otwierają się, a ja ledwie powstrzymuję się od stuknięciem pięścią w jego tors.
Jego nagi tors.
O. Mój. Boże.
Zane bez koszulki jest objawieniem. Jest cały z gładkiej miodowej skóry i lśniących mięśni. Barki ma szerokie i zwarte, a klatka piersiowa i mięśnie brzucha są tak wyraźnie podkreślone, że mogły zostać wyrzeźbione z granitu.
Mój wzrok kontynuuje swoją podróż w dół jego wąskiej talii i… o rany. Ma odpięty górny guzik dżinsów.
Z jakiegoś powodu ten odpięty guzik uderza we mnie jak najseksowniejsza rzecz. Na widok tego czyste pożądanie wybucha w moim ciele.
Takie seksowne!
- Violet.
Zachrypnięty głos Zane’a wyrywa mnie z oszalałej seksem śpiączki. Przeciąga ręką przez zmierzwione, poważnie urocze, właśnie-się-obudziłem włosy. – Co ty tutaj robisz?
- Um. – Nerwowo odchrząkuję. – Tak jakby potrzebuję miejsca na pobyt.
W pośpiesznych słowach wyjaśniam swoją sytuację. On słucha milcząco z neutralnym wyrazem twarzy, opierając ramię o framugę drzwi. Jestem totalnie rozpraszana przez jego napięty biceps.
- Obiecuję, że nie będę wchodzić ci w drogę – kończę. – Nawet nie będziesz wiedział, że tutaj jestem.
Wolny uśmiech pojawia się w kącikach jego ust. – Jakoś w to wątpię.
Otwiera szerzej drzwi, a ja biorę to za zaproszenie, by ostrożnie przejść obok niego. Um, mniam, pachnie jak ciepły, seksowny mężczyzna, prosto z łóżka.
Rozglądam się po moim nowym otoczeniu. Jest trochę większe od starego mieszkania z prostym planem pomieszczeń. Salon w kształcie prostokąta jest słabo udekorowany z kanapą w kształcie litery L i leżanką ustawioną w kierunku wielkiego telewizora z płaskim ekranem o imponującym wyglądzie. Z rozbawieniem zauważam, że centrum rozrywki ma, na to wygląda, każdy rodzaj automatu do gry znanemu człowiekowi. Nie ma tu dużo więcej; szklany stolik do kawy przed kanapą, kilka lamp stojących i fantazyjna biblioteczka wypakowana klasyką oprawioną skórą.
Niewielka otwarta kuchnia jest na lewo i cieszę się, widząc, że jest schludna i czysta – żadnych brudnych naczyń w umywalce czy pustych pudełek po pizzy na blacie.
Jest krótki korytarz bezpośrednio przed drzwiami wejściowymi, który, jak przypuszczam, prowadzi do sypialń i łazienek.
Właśnie mam iść to sprawdzić, kiedy wysoka, niezwykle piękna dziewczyna wychodzi z otwartego pokoju.
Otwieram szeroko oczy z zaskoczenia i konsternacji. Panna Supermodelka ma na sobie maleńkie stringi i nic więcej.
Bez krztyny nieśmiałości, podchodzi wolnym krokiem do Zane’a, odrzucając długie błyszczące włosy. – Zane – mówi zachrypniętym, akcentowanym głosem. – Wracaj do łóżka.
On uśmiecha się do niej, gdy ta jego szyję ramionami. – Natassia, mamy towarzystwo.
„Natassia” posyła mi leniwe spojrzenie ciemnych egzotycznych oczu. – Kto to jest? Przyszła, żeby z nami imprezować?
Co? Fu!
Zane widzi moją przerażoną reakcję i uśmiecha się ironicznie. – Nie. To moja przyrodnia siostra. Może idź się ubrać?
Supermodelka ładnie wydyma wargi. Wyciąga się, żeby szepnąć mu coś do ucha, wywołując u niego seksowny chichot. Kładzie rękę na jej biodrze i coś odmrukuje.
Co do diabła? Stoję tam niezręcznie, starając się patrzeć wszędzie, tylko nie na nich. Czemu tylko ja tutaj jestem zawstydzona? To oni są na wpół nadzy!
Natassia mruczy coś w obcym języku, potem wraca do pokoju, uwodzicielsko kręcąc biodrami. Oczy Zane’a wydają się przyklejone do jej tyłka.
- Zaraz wrócę – mówi do mnie, po czym podąża za nią do pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Jestem wrośnięta w ziemię, czekam. Powinnam wyjść? Lepiej żeby nie uprawiali tam seksu.
Wydaje się jakby minęły godziny, gdy w końcu wychodzą. Natassia, ku mojej uldze, ma na sobie ubrania. Nosi obcisłą szarą sukienkę, zabójcze czarne botki oraz zadowolony uśmiech. Zane narzucił na siebie koszulę z długimi rękawami, pozostawiając ją niezapiętą. Oboje wyglądają romantycznie i seksownie, jak okładka pikantnej szpiegowskiej powieści.
Wychodząc, panna Supermodelka rzuca w moją stronę uśmieszek. Z twarzy znika mój uprzejmy uśmiech. Przez ramię mówi coś do Zane’a w swoim języku (może rosyjskim?). On jedynie śmieje się, kręcąc głową.
Kiedy już jej nie ma, odwracam się do niego. – Co ona powiedziała? Coś o mnie?
Zane zamyka drzwi i przygląda mi się przez na wpółprzymknięte powieki. – Nie chcesz wiedzieć.
Krzywię się, niezręcznie przestępując z nogi na nogę. – Czy to twoja dziewczyna?
- Nie mam dziewczyny. Masz jakieś torby?
- Um, tak, w samochodzie.
Unosi rękę. – Daj mi swoje kluczyki, a ja ci je wniosę. W międzyczasie czuj się jak u siebie w domu.
Grzebię w kieszeni, szukając kluczy i mu je rzucam. – Dziękuję.
- Nie ma problemu. Zaraz wrócę.
Zane wychodzi na zewnątrz, a ja od razu zaczynam przechadzkę. Kuchnia ma przesuwane szklane drzwi otwierające się tuż przy basenie. Nieźle.
Kieruję się do korytarza. Pierwszy pokój jest mały i zawiera królewskie łóżko, komodę i zabytkowo wyglądającą toaletkę. Uśmiecham się z ulgą. To będzie idealnie dobre na miesiąc. Dobra, sprawdźmy łazienkę.
Jest tuż przy drzwiach i wygląda na całkowicie nieużywaną, świetnie. Ma toaletę, umywalkę i…
Nie ma prysznica.
Rozglądam się dziko. Gdzie jest prysznic? Och, niedobrze.
Wsuwam głowę do drugiego pokoju – pokoju Zane’a. Przesuwam wzrokiem po wielkim łóżku, komodzie, biurku, regale… i są drugie drzwi. Główna łazienka.
Słyszę drzwi wejściowe i wybiegam. Zane trzyma wszystkie moje torby, niosąc je jakby nic nie ważyły.
- Czemu moja łazienka nie ma prysznica? – żądam, jakby była to jego wina.
- Bo nie ma. Główna łazienka ma – mówi. Przechodzi obok mnie do mojej sypialni.
Idę za nim, patrząc jak kładzie torby na łóżku. Kiedy dalej wpatruję się w niego, unosi brew. – Czy jest jakiś problem?
- Tak! – Wyrzucam ręce w powietrze. – To nie zadziała! Potrzebuję brać prysznic.
- Bierz w mojej łazience – mówi, wzruszając ramionami.
Patrzę na niego przerażona. – Nie mogę po prostu wejść do twojego pokoju!
- Tak, mam nadzieję, że najpierw zapukasz. To nic takiego, Violet.
Zane wychodzi, kierując się do swojego pokoju. Zatrzymuje się na progu, przywołując mnie gestem ręki. – Chodź.
Spoglądam na niego ostrożnie. Chciałabym, żeby zapiął koszulę. Wtedy byłabym w stanie lepiej myśleć. Otwarty materiał oprawia jego nieskazitelną skórę i twarde mięśnie. Poważnie czuję się teraz jak zboczeniec – nie mogę przestać zerkać na jego tors.
Tymczasem Zane czeka. Krzyżuje imponujące ramiona na imponującej klatce piersiowej. – Nie bój się, dziewczynko – szydzi. – Nie gryzę.
Ugh! – Ja tak – warczę, mijając go.
- Będę musiał pamiętać – śmieje się.
Uznał to za coś nieprzyzwoitego? Nie widzę jak, ale nigdy nie można stwierdzić z facetami.
Och, nieważne. Stoję w pokoju Zane’a razem z nim! Pachnie jak on: świeży, czysty zapach i jakiś rodzaj męskiego żelu do ciała – i wiszący nad tym egzotyczny zapach perfum dziewczyny. Nie mogę oderwać wzroku od jego łóżka, gdzie prawdopodobnie dopiero co uprawiał seks z tą Natassią. Na tę myśl cała się rumienię. Nie chcę wyobrażać sobie Zane’a uprawiającego seks. Um, fu… prawda? W ogóle nie seksowne.
Nie.
- Bardzo rzadko jestem w domu – mówi za mną jego głos. – Jestem pewien, że możemy ustalić harmonogram. Łazienka jest tutaj.
- Okej.
Ostrożnie sprawdzam łazienkę. Jest naprawdę ładna i duża. Podwójne umywalki, prysznic otoczony szkłem i… oooch!
- Wanna z hydromasażem! Zawsze chciałam taką wypróbować! – wykrzykuję, pochylając się, żeby jej się przyjrzeć. – Strumienie są regulowane?
- Sądzę, że tak.
Czemu brzmi na tak rozbawionego? Odwracam się i przyglądam mu się podejrzliwie. Uśmiecha się do mnie niewinnie.
- Mięśnie pleców czasami mi sztywnieją – mówię, wyjaśniając. – Coś gorącego i twardego wycelowanego we mnie na pewno pomogłoby mi się rozluźnić.
Zane jedynie uśmiecha się szerzej. – Bez wątpienia.
O Boże, co ja właśnie powiedziałam?!
- To nie to… miałam na myśli strumienie, nie ciebie! – Wycofuję się szybko. – Nie żebyś kiedyś celował we mnie czymś gorącym i twardym! To znaczy… ja mówiłam o strumieniach, nie twoim… nie czymś na tobie, to na pewno!
Teraz nabieram głębokie sapiące wdechy. Przestań gadać, Violet! Zamknij się! Opadam na skraj wanny, naprawdę sobą zbulwersowana i trzęsę się z upokorzenia.
- Violet.
Zane klęka przede mną i poklepuje mnie po kolanie. – Wszystko w porządku – mówi współczująco. – Wiem, co miałaś na myśli.
Piorunuję go wzrokiem. – Nie chciałam brzmieć na zboczeńca! To twoja wina, otwierasz drzwi bez koszulki a potem ta naga dziewczyna z… a potem ty i ona – tuż przede mną! Cóż, nic dziwnego, że mam w głowie brudne myśli.
- Ja… przepraszam?
- Dziękuję. – Gwałtownie wstaję. – Dobra, ja będę… szła. Mam jutro szkołę, a jest… - Sprawdzam komórkę. – Jest dwudziesta. Już dawno minęła moja pora snu. Więc… dzięki za pozwolenie mi na zostanie. A teraz pa.
Nie powiedziałabym, że wyszłam, bardziej stamtąd wybiegłam.

Taa, nie, to poszło świetnie. Teraz pójdę udusić się poduszką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz