11.3.14

Rozdział 17

Wszyscy w szkole mówią o zabawie Halloweenowej. Zostałyśmy zapytane z Lauren przez kilku facetów, ale obie odmówiłyśmy. Nigdy nie chodzimy na jakiekolwiek pozalekcyjne aktywności – pomyślałoby się, że ludzie do teraz by się zorientowali. Po prostu to nie nasza rzecz. Jak oklaskiwanie zgromadzeń spirytystycznych. My siedzimy z innymi kujonami, odrabiając zadanie, podczas gdy dzieciaki wokół nas tupoczą i krzyczą.
Nie potrafię wyjaśnić mojego odłączenia od całego doświadczenia liceum. Próbowałam wysilić się z Mattem, ponieważ on uwielbiał te bzdury, ale mnie nigdy do tego nie ciągnęło. Czy coś jest ze mną nie tak?
Jednakże jest to pomyślne dla Zane’a. Nie suszę mu głowy, żeby poszedł ze mną na jakąś głupią szkolną potańcówkę ani nie próbuję zaciągnąć go na imprezę przyjaciółki. Mówię mu, że nie interesuję się tą sceną, a on wydaje się czuć ulgę.
Ale nadchodzi zabawa w Sunset Park, na którą chciałabym pójść. Wściekle dyskutuję z samą sobą czy powinnam zaprosić Zane’a, czy nie. Czy pomyśli, że jestem głupia za pytanie?
Jednego dnia wysyłam mu wiadomość po szkole, zanim mogę stchórzyć.

Ja: Hej. Co robisz w Halloween?

Odpisuje mi parę minut później.

Zane: Nie wiem. Może będę musiał pracować. Co jest?
Ja: Nic. Po prostu zastanawiałam się czy chciałbyś iść na tę zabawę, którą mają u mnie w pracy.

Odkładam telefon, niespokojna jak diabli. Udaję, że jestem zaabsorbowana szukaniem czegoś w kuchni i nie wiem dlaczego się kłopoczę – nikogo tutaj nie ma. Moja komórka odzywa się chwilę później, a ja skaczę jak… sama nie wiem co. Nerwowo sprawdzam telefon po jego odpowiedź.

Zane: Zapraszasz mnie na bal „seniorów”?
Ja: Ha ha.
Zane: O której godzinie?
Ja: Osiemnasta?

Czekam dwie minuty i trzydzieści siedem sekund. Potem wibruje mój telefon.

Zane: Będę tam.

Tak bardzo się cieszę, że nie może teraz zobaczyć mojego niesamowicie głupiego, zwycięskiego tańca.
Niestety, nie jestem sama, tak jak wcześniej sądziłam. Bill stoi przy lodówce, a wnioskując z jego przerażonej miny, jest tam od jakiegoś czasu.
Super.

- Nie musisz przyprowadzać randki.
Jesteśmy z Lauren na naszym zwykłym miejscu lunchowym – naszej ulubionej ławce w stołówce. Ona je swoją kanapkę z indykiem, a ja pracuję nad esejem o Zbrodni i Karze.
Tak naprawdę, to staram się przekonać ją, żeby poszła ze mną na zabawę.
Lauren wywraca oczami i upija maleńki łyk z butelki wody. – Ja nie chodzę na zabawy. W ogóle po co chcesz, żebym szła? Będziesz z Zanem.
Nie mogę powstrzymać głupiego uśmiechu wpływającego na moją twarz. – Ale miałabyś swój wybór facetów do tańca!
- Wow, geriatryczne spełnienie marzeń. – Lauren przewraca oczami. – Nie, dzięki. A czy nie mówiłaś, że ci starsi faceci są zboczeńcami?
- Nie wszyscy – tylko Gil i Doc. Reszta jest idealnymi dżentelmenami. – Celuję w nią długopisem. – Próbuję namówić cię do poszerzenia horyzontów, skoro nie dajesz tutejszym kolesiom szansy. Wiesz, Chase zapytał mnie o ciebie znowu, na dzisiejszej matmie. Jest całkiem uroczy, czemu nie umówisz się z nim?
- Niezainteresowana. To że jesteś zakochana nie znaczy, że musisz mnie ustawiać.
- Nie jestem zakochana – prędko zaprzeczam. – Po prostu jestem zmęczona tym chłopakiem nękającym mnie o ciebie każdego dnia.
Lauren krzywi się z irytacją. Zaczyna coś mówić, ale urywa, kiedy ktoś woła nasze imiona.
To Kim. Ma zmartwiony wyraz twarzy, gdy do nas podbiega.
- Hej, macie może listę słownictwa na dzisiejszy test hiszpańskiego? Zapomniałam się na niego nauczyć!
Lauren sprawdza swój plecak i wyciąga kartkę. Podaje ją Kim, która uśmiecha się z ulgą.
- Dzięki! Ratujesz mi życie. Nie mogę oblać kolejnego testu! Moja mama mówi, że nie pójdę na tańce, jeśli nie dostanę przynajmniej czwórki. A mam super uroczy kostium! Wy idziecie? – Gdy potrząsamy głowami, mówi. – Lauren, myślę, że Chase zamierza cię poprosić. Wciąż mnie pyta czy masz już randkę.
Podśmiewam się z kwaśnego tonu Lauren. – Ten chłopak nie potrafi pojąć aluzji – warczy.
Kim śmieje się, odrzucając swoje kręcone włosy. – Powinnaś z nim iść. Jest ładniutki i miły!
- Tak, Lauren – dołączam. – Daj biednemu facetowi szansę.
Lauren rzuca mi tylko „spojrzenie”. Uśmiecham się zadowolona, dopóki nie odwraca się do mnie Kim.
- Violet, a ty nie idziesz ze swoim chłopakiem?
- Moim kim?
- Widziałam cię z nim na plaży. Jest cholernie wspaniały! Jest w college’u?
- Och – mruczę nieswojo. – Tak naprawdę to on nie jest moim chłopakiem. Tak jakby tylko spędzamy razem czas.
- Mhm – odpowiada niedowierzająco Kim. – Cóż, gdybym ja spędzała czas z facetem, który tak wygląda, wszystkim bym się nim chwaliła. Wyglądaliście razem naprawdę seksownie, jak para supermodelów.
- Ta, jasne – śmieję się. Zane na pewno.  Ja nie bardzo.
- Nie, poważnie. Podeszłabym i się przywitała, ale wyglądaliście na dość zajętych. – Wymownie porusza brwiami.
Ugh! Czuję nadchodzący rumieniec, ale nie ściera on szerokiego uśmiechu z mojej twarzy. Cóż, jeśli ktoś miał przyłapać mnie na całowaniu się z Zanem na plaży, cieszę się, że była to Kim. Nie wypapla wszystkiego całej szkole.
Ale zastanawiam się czy powiedziała jej bratu?
Kim mówi, że zobaczy nas na hiszpańskim i odchodzi. Udaję, że pracuję nad esejem, ale zadowolony uśmiech prawdopodobnie oddaje to, co naprawdę myślę. Albo o kim. Lauren tylko potrząsa głową na moją absurdalność.
Nie obchodzi mnie to. Myślę… myślę, że poproszę Zane’a, aby określił nasz związek.

Mam tylko nadzieję, że spodoba mi się jego odpowiedź.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz