- Wołowina i
brokuły – ogłasza Lauren, podnosząc pokrywkę patelni na kuchence. Cała kuchnia
wypełniona jest pikantnym aromatem wołowiny i sosu pieczeniowego. Bierze łyżkę
z szuflady, wybiera trochę bulionu i mi podaje.
Dmucham,
żeby go ochłodzić, po czym próbuję. – Dobre! – oświadczam.
Dzisiaj jem
kolację u Lauren. Niańczymy bliźniaczki i małą Briannę, kiedy jej mama pracuje
na podwójnej zmianie w szpitalu.
Uwielbiam
Briannę. Jest najsłodszą małą rzeczą z blond lokami i szerokimi szarymi oczami.
Jest taka słodka, a także spokojna. Teraz ząbkuje, ale wydaje tylko ciche
kwilące dźwięki na moim ramieniu. To takie urocze. Przez sposób, w jakim
oddycha, mogę stwierdzić, że zaraz zaśnie.
- Ryż wciąż
nie jest gotowy – oznajmia Lauren, sprawdzając garnek. – Jeszcze kilka minut.
- Okej –
mówię. – Pójdę położyć Briannę. Śpi.
- O, możesz
powiedzieć bliźniaczkom, że czas umyć się na kolację?
Cicho jęczę.
– Muszę? Wciąż nie pozbierałam się po tym, jak przyłapałam je na francuskim
pocałunku z plakatem Aidena Crossa.
Lauren
śmieje się, nawet, kiedy robi minę. – Były bardziej zawstydzone od ciebie.
- Ta, nigdy
wcześniej nie widziałam tego odcienia czerwieni na ludzkiej twarzy.
Ostrożnie
układam dziecko w pokoju mamy Lauren. Cicho wzdycha i przewraca się na bok –
takie urocze!
Zastanawiam
się, co bym zrobiła, gdyby mama kiedyś mi powiedziała, że jest w ciąży?
Jednocześnie byłabym przerażona i podekscytowana.
Włączam
elektroniczną nianię i biorę drugi sprzęt, byśmy mogły słuchać Brianny. Potem
przechodzę przez korytarz do pokoju, który dzielą bliźniaczki i Lauren.
- Za
niedługo będzie gotowa kolacja – mówię, wsuwając głowę do środka. – Lauren
mówi, żeby się umyć.
Dzięki Bogu
tylko malują paznokcie u stóp. Identyczne głowy podnoszą się, żeby na mnie
spojrzeć.
- Co mamy?
Dobrze pachnie. – Chce wiedzieć Ashley.
- Wołowiny i
brokuły.
Bliźniaczki
wymieniają się skrzywionymi minami.
- Jest dobre
– mówię, odwracając się do wyjścia.
- Hej, V?
Zatrzymuje
mnie głos Kylie. – Tak?
- To prawda,
że mieszkasz teraz z facetem?
- Co?! –
Piorunuję wzrokiem chichoczące dziewczyny. – Znowu podsłuchiwałyście?
- Naprawdę
jest seksowny? – pyta jeden z potworów.
- Śpicie w
tym samym łóżku? – Na drugiej twarzy pojawia się uśmieszek.
- Nie! I ja
nawet nie… ugh! Wiecie co? – Ostrzegawczo celuję w nie palcem. – Przestańcie
podsłuchiwać! I z nikim nie śpię!
- Dlatego
jesteś taka zrzędliwa?
Bliźniaczki
wybuchają śmiechem. Zboczone małe smarkacze. Odchodzę, głośno tupiąc.
- Twoje
siostry są złe – mówię Lauren, wracając do kuchni. – Podsłuchały naszą rozmowę
o moim nowym ustawieniu mieszkaniowym. Na poważnie zapytały mnie czy śpię z
Zanem!
Lauren
śmieje się. – Widzisz, pamiętasz, jak narzekałaś, że jesteś jedynaczką? Dlatego
właśnie chciałam cię uderzyć.
- Taa,
chciałam młodszą siostrę albo brata, nie nastoletnie demony.
- Ha, cóż,
dzieci ostatecznie dorastają. – Lauren znowu sprawdza ryż. – Zrobiony. Więc jak
się ma twój gorący współlokator?
- Nie
widziałam go – mówię, wzruszając ramionami. Wyciągam z kredensu cztery talerze
i podaję je jej, żeby nałożyła na nie jedzenie. – Prawie w ogóle nie ma go w
domu, a kiedy jest, to zazwyczaj z inną seksowną dziewczyną. To jak mieszkanie
w domu bractwa.
- Twoja mama
by oszalała, gdyby się dowiedziała.
- Wiem!
Rozmawiałam z Jane dziś rano. Powiedziała, że gorączka dziecka spadła, naprawdę
są optymistyczni co do jego szans.
Lauren
uśmiecha się z ulgą. – To wspaniale. Jak czuje się jej córka?
- W
porządku. Lekarze mówią teraz, że ma on dziewięćdziesiąt procent szansy
przeżycia, czym są podekscytowani. Jane mówi, że prawdopodobnie będzie musiała
przylecieć do domu pod koniec miesiąca, bo wtedy musi uzupełnić zapasy.
- Rozmawiała
już z twoją mamą?
- Tak, ale
trzymała buzię na kłódkę. Naprawdę nie chce psuć szczęścia mamy, ja również. –
Biorę talerze, które daje mi Lauren i kładę je na stole. – Chce się oczyścić,
gdy wróci mama, ale zdusiłam to w zarodku. Po co złościć ją na nic, prawda? To
nie tak, że ja coś z nim robię.
- Mhm. To
tylko kwestia czasu – przewiduje Lauren. – Lubisz go.
- Ledwie go
znam – drwię. – I powinnaś zobaczyć rodzaj dziewczyn – tak naprawdę kobiet – z
jakimi się umawia. Naprawdę nie jestem w jego typie.
- Jasne.
Widelec czy łyżka?
- Oba. Więc
naprawdę myślisz, że nie jestem w jego typie?
Wywraca
oczami. – Nie wiem, nigdy go nie spotkałam. Chcesz mrożoną herbatę?
- Wezmę. –
Podchodzę do lodówki, żeby wyjąć dzbanek. – Cóż, myślisz, że ja…
Milknę, gdy
bliźniaczki wpadają do kuchni. Dobrze. Nie wiem dlaczego zastanawiam się czy
jestem typem Zane’a, czy nie. Jakby to w ogóle miało znaczenie. Jestem pewna,
że on widzi mnie tylko jako swoją przyszłą przyrodnią siostrę, głupią paplę, z
którą zmuszony jest wytrzymywać przez miesiąc.
Boże, jestem
taką frajerką. Pożądam faceta, który nigdy dwa razy nie spojrzy w moim
kierunku. Matt nawet mnie nie pragnął, czemu do diabła chciałby facet taki, jak
Zane? W ogóle czemu bym chciała, żeby tak było? On jest z inną dziewczyną
każdego dnia tygodnia, wyraźnie jest podrywaczem.
Ugh. Muszę
przestać o nim myśleć.
Po kolacji
Lauren pyta czy chcę zacząć nasze eseje na angielski. Przypominam jej, że jutro
zaczynam pracę, więc muszę iść do łóżka. Wtedy Ashley mówi coś o moim chłopaku,
który mnie utuli do łóżka. Wychodzę, żeby nie musieć wymyślać na to bystrej
odpowiedzi.
W drodze do
domu staram się psychicznie przygotować na pobudkę o piątej rano. Będę pracować
na porannej zmianie, od szóstej do czternastej w Sunset Parks Assisted Living.
To będzie tam mój drugi rok jako pomocnica. Praca zasadniczo obejmuje pomaganie
starszym mieszkańcom z zadaniami życia codziennego – podnoszenie ich rano,
porządkowanie ich pokojów, pomaganie im w myciu, i tak dalej.
Tak naprawdę
jest to o wiele trudniejsza praca, na jaką brzmi. Całkiem dużo biegam, żeby
zrobić wszystko na czas. Każdy mieszkaniec ma harmonogram, którego surowo się
trzyma i długo wysłuchuję się narzekań, jeżeli nie dotrę do ich pokoi na czas.
Starsi faceci tak bardzo się nie przejmują, ale panie – przyciskają guziki
przywołujące, jeżeli jesteś choćby parę minut spóźniona.
Jednak
kocham tam być i kocham wszystkich moich staruszków. Kiedy już opracuje się
harmonogram i nauczy rutyny każdego mieszkańca, to jest łatwiej. Pracowałam tam
w zeszłe lato i w weekendy podczas szkoły, więc dość dobrze poznałam tych
ludzi. Tęskniłam za nimi i powinnam ich szybciej odwiedzić, lecz tak jakby czas
mi uciekł.
Zastanawiam
się czy mamy jakichś nowych mieszkańców i staram się nie myśleć o tych, których
mogliśmy stracić.
Gdy docieram
do domu, sprawdzam garaż czy nie ma auta Zane’a. Oczywiście, że nie ma. Nie
wiem czy czuć ulgę, czy rozczarowanie.
Postanawiam,
że długi, gorący prysznic sprawi, że będę czuć się dobrze i śpiąca. Zbieram
swoje rzeczy i kieruję się do pokoju Zane’a.
Tak jak
zawsze zwalczam chęć do pomyszkowania. Nie bardzo lubi dekorować, tak jak ja.
Jego pokój zawiera podstawy, żadnych osobistych dodatków ani zdjęć. Ma bardzo
drogo wyglądający laptop na biurku, ale żadnego znaku innego sprzętu
komputerowego. Pomyśleć można, że inżynier oprogramowania będzie miał wszędzie
wszystkie rodzaje nowoczesnych pierdół. Jednak jak wielu znam inżynierów
oprogramowania – zwłaszcza takich o wyglądzie Zane’a?
Cóż,
przynajmniej nie jest flejtuchem. Zastanawiam się, co jest w jego szafie?
Czując
odwagę, szybko zerkam. Hmm… pełno ubrań,
butów, ciężarki… och, cudownie tutaj pachnie, jakby jakiś ostry rodzaj leśnej
wody kolońskiej.
Wydaje mi
się, że usłyszałam drzwi i podskakuję jakąś milę. Okazuje się, że to tylko moja
paranoja. I tak pędzę do łazienki.
Prysznic był
świetnym pomysłem. Wychodzę, czując senność i zrelaksowanie. Wkładam ulubiony
różowy top i pasujące spodnie od piżamy, potem używam mojej łazienki do umycia
zębów i jestem skończona.
Nieźle, czas
walnąć się do wyrka.
Kładę się na
łóżku, ale nie mogę się wygodnie ułożyć. Nie cierpię tego, kiedy wiem, że muszę
gdzieś być rano i muszę na to dobrze się wyspać. Oczekiwanie zazwyczaj sprawia,
że rzucam się i wywracam godzinami.
To nie
działa. Postanawiam wstać. Jestem trochę głodna, więc może przekąska pomoże.
To jedna
dobra rzecz w mieszkaniu tutaj; kuchnia zawsze jest dobrze zaopatrzona. Zane
ledwo tutaj jest, ale ktoś uzupełnia lodówkę i szafki zdrowym jedzeniem.
Kupowałam trochę niezdrowego jedzenia i gotowe dania, ale tego nie dotknęłam.
Teraz zdaję sobie sprawę, że ostatnio dużo jadłam. Nic dziwnego, że ubrania
trochę mnie obciskają. Muszę temu zaprzestać. Może znowu powinnam zacząć
tańczyć. To było świetne ćwiczenie.
Mam głowę
głęboko wepchniętą do lodówki, czekając aż coś pysznego wyskoczy i uderzy w
moje usta, kiedy słyszę za sobą hałas.
Wydaję cichy
okrzyk i odwracam się gwałtownie, serce wchodzi na najwyższe obroty.
Jakoś bije
jeszcze szybciej, gdy widzę, że stoi tam Zane, opierając się o blat, kładąc na
nim przedramiona. Wygląda na lekko zmęczonego, lecz niemożliwie przystojnie w
dopasowanej czarnej koszuli i dżinsach.
- Hej,
Violet – mówi, kiwając mi głową. – Co zamierzasz?
- N-nic –
jąkam, zaskoczona. Prędko prostuję się i zamykam drzwi lodówki. – Tylko
szukałam przekąski przed pójściem do łóżka.
- Już łóżko?
– Unosi brew, sprawdzając godzinę na mikrofalówce. – Jest dziewiąta godzina w
piątkowy wieczór.
- Cóż, jutro
pracuję – wyjaśniam. Kiedy zauważam, że jego wzrok opada, przypominam sobie
nagle, że nie mam na sobie biustonosza. Zakładam ramiona na piersiach tak
swobodnie, jak to możliwe i nieśmiało chrząkam.
Uwielbiam
ten jego półuśmiech. Powoli unosi kącik jego ust. – Gdzie pracujesz?
Mówię mu o
mojej weekendowej pracy w Sunset Park, a on uważnie słucha. Nawet mówię o
Helize, mojej ulubionej mieszkance.
- Kiedyś
była księgową w jakimś dużym Hollywoodzkim studiu i podróżowała po całym
świecie. Ma trochę świetnych historii – powinieneś usłyszeć tę, gdzie spędziła
tydzień w meksykańskim więzieniu.
- Tak? Brzmi
interesująco. Chciałbym ją usłyszeć – mówi, jego ciemne oczy błyszczą zaciekawieniem.
- Nie jestem
pewna czy chcesz. Obejmuje drewnianą kukiełkę, przeszukiwanie jamy ciała i… um…
mnóstwo kokainy.
- Masz
rację, raczej spasuję – mówi ze śmiechem. – Poza tym myślę, że zbyt wiele razy
słyszałem kilka wersji tej historii.
Uśmiecham
się do niego. Nie mogę się powstrzymać – on jest taki, taki słodki!
Nagle nie
mogę wymyśleć nic do powiedzenia. Stoję tam ze skrzyżowanymi ramionami,
przestępując z nogi na nogę. Mam nadzieję, że on nie pomyśli, że chce mi się
sikać.
Po minucie
całkowitej ciszy, odzywamy się w tym samym czasie.
- Chyba
lepiej…
- Może
jednego dnia ty…
Oboje
zaczynamy się śmiać. – Co chciałeś powiedzieć? – pytam go nieśmiało.
Ale on
jedynie kręci głową. – Nic ważnego. Lepiej idź odpocząć, co? Dobranoc, Violet.
Patrzę jak
się przeciąga, rąbek jego koszuli lekko się unosi, ukazując płaski brzuch.
Zasycha mi w ustach. Mogę zdobyć się tylko na sztywne potaknięcie, zanim idzie
do swojego pokoju.
Jestem do
bani! Kiedy go nie ma, pozwalam głowie opaść na blat z hukiem.
Au. Jestem
pewna, że właśnie przysporzyłam sobie wstrząśnięcie mózgu.
Och, Violet,
jesteś szczególna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz