11.3.14

Rozdział 36

Mama planuje mi przyjęcie urodzinowe niespodziankę. Wiem to, bo jest ona najgorsza w utrzymywaniu sekretów. W zeszłym miesiącu upuściła przy mnie cały pęk zaproszeń. Wygląda na to, że zaprasza każdego żywego krewnego – może dlatego, że nie mam wielu bliskich przyjaciół.
Nie chcę przyjęcia urodzinowego. To ostatnia rzecz, jakiej chcę. Ale jak ja jej to powiem bez zranienia jej uczuć? Ostatnio jest strasznie wrażliwa, płacze z najbłahszego powodu. Pomiędzy nią i Lauren, czuję się jakbym była w środku reklamy mokrych chusteczek higienicznych.
W dzień przyjęcia (o którym powinnam nie wiedzieć) mama zabiera mnie i Lauren do spa. Dostajemy zabiegi kosmetyczne, masaże i robią nam fryzury – nie jestem pewna dlaczego, skoro nikt z naszej trójki nie lubi, jak dotykają nas obcy ludzie. Mama szczególnie nie lubi, jak ktoś dotyka jej twarzy, ale zaciska zęby i przechodzi przez to – a ja robię to samo dla niej. Lauren po prostu próbuje ugryźć kogokolwiek, kto podchodzi do niej za blisko. Ona ostatnio jest bardzo zrzędliwa.
Po wszystkim idziemy kupić stroje na przyjęcie. Mój umysł jest milion mil stąd, więc tak jakby daję mamie wolną rękę na wybranie mi sukienki. Wciąż myślę o tym, co powiedział mi Zane w tamtym dniu na plaży. Żyj chwilą. Nie martw się tym, co może się wydarzyć.
Naprawdę próbuję wyobrazić sobie moje życie jako dziewczyna Aidena Crossa. Nie potrafię. Do diabła, ledwie mogłam zobaczyć siebie jako dziewczynę Zane’a O’Connora. Ale próbuję wyobrazić sobie życie bez niego – a to sprawia, że chce mi się ryczeć.
- Violet, musisz przymierzyć tę sukienkę!
Mama wpycha mi do rąk jakiś czerwony materiał. Kiedy dostrzega moją minę, marszczy brwi. – Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś płakała.
- Nie – mówię, mrugając szybko. – To, uch… ważka. Prawie wleciała mi do oka.
- Ważka? Gdzie? – Mama rozgląda się z paniką. Nienawidzi owadów z niemal psychopatyczną intensywnością.
- Odleciała. Um, gdzie są przymierzalnie?
- Tutaj – odpowiada, wskazując na znak, przed którym stoimy, który mówi „Przymierzalnie”.
Chrząkam. – Och. Dobra. Lauren, masz coś do przymierzenia?
Lauren bez entuzjazmu unosi kilka sukienek. Widzę, że wszystkie były wybrane przez mamę – która, tak w ogóle, nie ma pojęcia, że Lauren jest w ciąży.
Obie wleczemy się do środka. Nie cierpię przymierzalni. Zawsze czuję się dziwnie stojąc przed lustrem i przebierając się. I zawsze boję się, że jakieś małe dziecko wczołga się do mojej kabiny. Tak naprawdę już wcześniej to się stało. Dzieciak miał osiem lat i był zboczeńcem. Nigdy nie zapomnę jego ogromnych oczu i wielkiego uśmiechu, kiedy trzymałam przed sobą bluzkę jedną ręką, a drugą próbowałam go przegonić.
Szybko ściągam moją bluzkę i spodnie, i zakładam sukienkę. Jest czerwona, jak wóz strażacki z wiązaniem na szyi i prawie nie ma pleców. Spódnica jest bardzo krótka, pełna i trochę wiruje wokół moich nóg, gdy się ruszam. Dobra, uwielbiam ją.
- Violet, wyjdź, żebym mogła zobaczyć! – woła mama z zewnątrz.
Przewracając oczami, robię, o co prosi. Gdy mnie widzi, leciutko rozszerza oczy.
- O wow. Nie zdawałam sobie sprawy, że sukienka była taka… seksowna. Ale wyglądasz świetnie. Podoba ci się?
- Tak – mówię. Próbuję poprawić górę, żeby tak bardzo nie pokazywała dekoltu, ale sukienka została zaprojektowana, aby pokazywać dekolt, zatem moje próby są nieudane.
- Cóż, nie jestem pewna czy będzie odpowiednia na – uch – dzisiejszą kolację. W restauracji.
- Och. A jaka to restauracja? – pytam, nie potrafiąc powstrzymać się od postawienia jej w niezręcznej sytuacji.
- Nie mówiłam? – Mama wierci się i poprawia swoje jasne włosy. – Um, czy to nie były Cztery Pory Roku?
- Pytasz się mnie?            
- Tak, jestem całkiem pewna, że tak było. To znaczy jest. – Wydaje ciche prychnięcie. – Przepraszam. Ciążowy mózg. Wiesz jak to jest. Nie! Nie, na pewno nie powinnaś wiedzieć jak to jest – bo nie jesteś w ciąży, prawda?
- Nie, na pewno nie jestem – wzdycham.
Mama chichocze z ulgą. – Dzięki Bogu. Nie tylko jesteś o wiele za młoda, ale jak bardzo byłoby to dziwne? My będące w ciąży w tym samym czasie? Ja będąca w ciąży z twoim młodszym bratem albo siostrą, a twoje dziecko byłoby siostrzeńcem albo siostrzenicą mojego dziecka – obustronnie! Zgadza się?
Młoda para stojąca blisko nas posyła nam spojrzenie wytrzeszczonymi oczami, po czym szybko odchodzą. – Lauren! – wykrzykuję lekko rozpaczliwie. – Wychodź!
Postanawiam wziąć tę sukienkę. Nie mam dla kogo wyglądać seksownie, ale czuję się w niej dobrze, więc dlaczego nie? Lauren wybiera ładną czarną sukienkę, która wygląda imponująco przy jej bladej skórze. Przygotujemy się w moim pokoju, potem Lauren ma zabrać mnie gdzieś na kilka godzin, żeby mama mogła przygotować przyjęcie.
Lauren wie, że ja wiem, więc nie kłopocze się udawaniem. Decydujemy się na oglądanie cały dzień filmów w jej mieszkaniu, aż jest czas na wrócenie do domu i bycie zaskoczoną. Chciałabym po prostu tutaj zostać, zamiast zakładać radosną maskę dla grupy ludzi. Właściwie, to chciałabym cały dzień spędzić na plaży, jedynie patrząc na fale i rozmyślając. Wiem, co chcę zrobić – tylko potrzebuję znaleźć odwagę, żeby to zrobić.
Mama dała z siebie wszystko na moje przyjęcie: wymyślne dekoracje, firma cateringowa, didżej… orkiestra dęta. Dobra, żartuję z orkiestrą. Niemal wszyscy, którzy byli na ślubie są na moich urodzinach – nawet Taylor. Prawdopodobnie ma nadzieję na spiknięcie z Zanem.
O, Matt i Rachel też tutaj są! Czemu ona ich zaprosiła? Czemu przyszli? Jest super niezręcznie, kiedy podchodzą, żeby złożyć mi życzenia. Rachel nadal nie potrafi spojrzeć mi w oczy, tak jak Matt. Nie rozumiem. Nigdy nie był tak zainteresowany moim ciałem, kiedy ze sobą chodziliśmy, ale teraz nie może oderwać wzroku od mojego dekoltu. Dziwne.
Zastanawiam się czy Zane wie, że to moje urodziny? Założę się, że mama mu powiedziała. Musiała powiedzieć mu też o dziecku. Czy poświęci czas swojego życia gwiazdorskiego, żeby przyjechać, gdy ona urodzi?
Na przyjęciu jestem niespokojna. Trzymam się blisko Lauren, nie przejmując się tym, czy wydaję się niegrzeczna. Chcę porozmawiać z Zanem. W chwili kiedy postanawiam wymknąć się, by do niego zadzwonić, mama łapie mnie i mówi, że firma cateringowa wynosi tort. Zatem wymuszam na twarz uśmiech, podczas gdy wynoszą wielki tort czekoladowy – mój ulubiony! Wszyscy mi śpiewają i próbuję się nie krzywić, kiedy zdmuchuję świeczki. Jednak ktoś położył na moim torcie podstępne świeczki i dmucham tak mocno, że jedna z dekoracji ciasta – maluteńki koszyk wyglądający jak prezent urodzinowy – zlatuje z tortu i uderza w oko moją małą kuzynkę Bellę. Ona krzyczy i krzyczy, a w tym chaosie prababci udaje się do mnie dowlec i bardzo mocno ściska moją pierś – dla jakiego celu, to nie wiem. Na szczęście kilku ludziom udaje się uchwycić te wyjątkowe chwile na wideo, więc zawsze będę miała te wspomnienia. Udokumentowane. Prawdopodobnie w Internecie.
Boli mnie pierś. Chcę, żeby wszyscy poszli sobie do domu. Próbuję uciec do ogrodu, ale łapie mnie Lauren.
- Muszę z tobą porozmawiać – mówi. W jej dużych brązowych oczach jest dziwny, ukradkowy wyraz.
- Um, okej. – Zaniepokojona jej miną, pokazuję na tylne drzwi. – Możemy wyjść do ogrodu albo…
- Widziałam jak kierowała się tam grupka twoich kuzynów. Myślę, że będą grać w piłkę albo palić trawkę.
- Co takiego?! Lepiej niech nie próbują – mówię, próbując zerknąć przez okno.
Ale Lauren chwyta mnie za ramię, ciągnąc za sobą. – Chodźmy do twojego pokoju.
Co się z nią dzieje? Zastanawiam się, czy powie mi, że będzie miała bliźniaki? Yay! Może w końcu dopadła ją presja? Chociaż światła w mojej sypialni są już zapalone, dwa razy pstryka włącznikiem.
Mrugam na nią. – Czy to jakiś twój nowy rytuał czy coś?
Lauren robi minę. – To ciążowa rzecz.
Okej. Najwyraźniej bycie w ciąży zmienia kobietę w wariatkę. – O czym chciałaś pogadać? – pytam ją.
- Chciałam zapytać czy jesteś szczęśliwa – wyrzuca z siebie. Krąży przed przesuwanymi drzwiami na balkon. – Bo nie wyglądasz na taką. Dobrze udajesz, ale widzę. Żałujesz zerwania z Zanem?
Wypuszczam oddech, który nie wiedziałam, że trzymam. – Tak – wzdycham. Opadam na moje łóżko. – Tęsknię za nim tak mocno, że to boli. Ja… chyba do niego zadzwonię. Wiem, że to prawdopodobnie się nie uda i skończy się na tym, że moje serce roztrzaska się na milion kawałków. Ale kocham go. Wolę mieć jego kawałek choć na krótką chwilę niż nic. Po prostu… nie obchodzi mnie to, dam sobie radę.
Lauren patrzy przez okno, podczas mojej przemowy. – Jesteś pewna, że jest on tego wart?
- Tak – odpowiadam. – Jest.
W końcu odwraca się. Uśmiechając się do mnie, rozsuwa drzwi na balkon. – Miejmy nadzieję, że masz rację.
- Co…?
Brzmienie grającej gitary przepływa przez drzwi. Czy to moi kuzyni palący trawkę? Jeżeli tak, to są strasznie dobrzy. Marszcząc brwi, wychodzę za melodią na balkon. Jest zniewalająco piękna, a jednocześnie przejmująco seksowna.
Mój pokój wychodzi na ogród poniżej. Patrzę spod przymrużonych powiek w ciemność, próbując znaleźć źródło muzyki. Niespodziewanie wysoka figura wchodzi w światło rzucane z mojego pokoju.
Wciągam gwałtownie powietrze, podnosząc ręce do ust.
To Zane!
Brzdąka na gitarze z wprawną łatwością. I patrzy na mnie tymi sławnymi błękitnymi oczami, które wydają się lśnić w półmroku. Nasze spojrzenia spotykają się.
Wtedy zaczyna śpiewać tym niesamowitym, ochrypłym głosem, którego słuchałam tak długo i o którym śniłam. Śpiewa do mnie.

Stojąc na krawędzi złamanego kłamstwa
Próbując znaleźć mój powód; nie mogę znaleźć mojej drogi
Pozostawiłem siebie w upadku
Zgubiłem moją drogę
Czy możesz pomóc mi znaleźć drogę do domu

Jesteś oddechem, którego nie mogłem wziąć
Moja palącą prawdą
Życie blasku; wszyscy są fałszywi
Twoje włosy na mojej poduszce
Twoja skóra przy mojej
W twoich oczach leży mój spokój
Ty jesteś moją drogą do domu

Ogród jest nagle rozświetlony tysiącami migoczących światełek, ukazując członków zespołu Zane’a ustawionych za nim. Perkusja, gitary, keyboard, wzmacniacze… wszystko. Dołączają do gitary Zane’a, podnosząc piosenkę do atmosfery.

Więc powiedz mi, że mnie kochasz
Muszę od ciebie usłyszeć
Że mi wybaczysz
Gdy wszystko jest złotym kłamstwem; powiedz mi
Że mnie widzisz
Że mnie potrzebujesz
Jesteś drogą do mojego prawdziwego ja
Do mojego prawdziwego ja

Wewnątrz mojej duszy żyje wojna
Ty jesteś moją wojną
W twojej łasce jest wszystko, o co walczę
Powiedz moje imię
Zabierz mnie do miejsca, gdzie powinienem być

Pożegnałaś się, więc jak to możliwe, że wciąż jesteś tutaj ze mną
Przesuwasz się przeze mnie
Mówisz do mnie
Twoja twarz jest jedyną, którą widzę
Chcę tylko wrócić do domu, do ciebie

Więc powiedz mi, że mnie kochasz
Muszę od ciebie usłyszeć
Że mi wybaczysz
Gdy wszystko jest złotym kłamstwem; powiedz mi
Że mnie widzisz
Że mnie potrzebujesz
Jesteś drogą do mojego prawdziwego ja
Do mojego prawdziwego ja
Do mojego prawdziwego ja

Powiedz, że nadal mnie kochasz
Wybacz mi
Przesuwaj się przeze mnie
Mów do mnie
Zabierz mnie do miejsca, gdzie powinienem być
Do mojego prawdziwego ja
Do mojego prawdziwego ja
Jesteś drogą do mojego prawdziwego ja
Proszę, wróć do mnie

Zane gra kilka ostatnich cudownych nut na swojej gitarze, przysuwając się bliżej, tak że stoi niemal tuż pode mną. Z dystansu jestem świadoma dzikich oklasków. Nie zdawałam sobie sprawy… byłam tak bardzo skupiona na nim, że nie zauważyłam stojących tam tłumów ludzi, namiętnie oglądających ten bardzo prywatny moment.
Nie obchodzi mnie to. Widzę tylko Zane’a. Widzę go, nie gwiazdę rocka – marzenie każdej dziewczyny. Widzę faceta, który śmiał się ze mną, kłócił się ze mną, trzymał mnie za rękę i mnie kochał. Jest tutaj, patrząc na mnie, jakbym tylko ja liczyła się na całym świecie.
Muszę do niego iść. Przerzucam jedną nogę przez balustradę. Lauren szybko łapie mnie za ramię, żeby mnie zatrzymać. Śmiejąc się Zane unosi rękę w znaku stop.
- Ja przyjdę do ciebie – woła.
Przenosi swoją gitarę tak, że pas trzyma ją w miejscu na jego plecach. Wygląda w ten sposób tak seksownie, że miękną mi kolana. Patrzę bez tchu jak zręcznie wspina się po drzewie rosnącym obok mojego balkonu. Następną rzecz, jaką wiem, to że balansuje na balustradzie tuż przede mną.
Mój głodny wzrok upaja się w jego widoku – jego znajomym seksownym uśmiechu, tych nieskazitelnych rysach. Nareszcie przede mną, w zasięgu dotyku.
Jego jaskrawoniebieskie oczy spoglądają na mnie, płonąc jak umierające gwiazdy w jego twarzy upadłego anioła.
- Wszystkiego najlepszego, Violet – mówi cicho. Koniuszki jego palców łagodnie przebiegają po moim policzku.
Jestem tak zachwycona tym chłopakiem, którego kocham, że ledwo mogę wydusić „dzięki” w odpowiedzi.
Znowu posyła ten półuśmiech. – Ta balustrada jest trochę śliska.
- Och!
Odskakuję, żeby pozwolić mu przejść na drugą stronę. Robi to bardzo łatwo, przerzucając jedną nogę przez balustradę i odwracając się, żeby przenieść resztę ciała.
- Więc… - zaczynam niezręcznie, czując się niewiarygodnie nieśmiało. Niepewnie wyciągam rękę, żeby dotknąć jego zmierzwionych włosów. – Blondyn, co?
Nieruchomieje na mój lekki dotyk. – Winny – mruczy.
Biorę głęboki wdech, modląc się o odwagę. Mam mu tyle do powiedzenia, ale teraz, gdy tutaj jest, nie wiem jak zacząć.
- Aiden…
- Zane – poprawia mnie gwałtownie, łapiąc mnie za rękę i ją ściska. – Jestem Aidenem dla nich. – Szarpie głową w bok, wskazując resztę świata.
Oddychając nierówno, podnoszę na niego wzrok. – Co jeśli jestem zakochana w obu?

Uśmiecha się szeroko, wyciągając ramiona. – To jestem cały twój.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz