Ledwo co
udaje mi się zdążyć do szkoły. Mam czas tylko na umycie zębów i założenie
ubrań, potem biegnę do drzwi. Lauren dzwoni, żeby mi powiedzieć, że ma grypę i
cały dzień będzie w łóżku, więc dopiero w szkole dowiaduję się, że mam źle
ubraną koszulkę. Ludzie ciągle pytają mnie czy jestem skacowana, a ja potakuję,
tylko po to, aby sobie poszli. Dość szybko po szkole latają plotki o mnie
będącej głupio pijaną na imprezie studenckiego bractwa. Nie obchodzi mnie to.
Wcześniej wiele rzeczy było o mnie powiedzianych. Jestem dziwką, mam implanty,
próbowałam dostać się do Playboy’a, jestem adoptowana… bla, bla, bla…
Jak się o
tym pomyśli, prawdopodobnie dlatego nie mam ducha szkolnego i nie mogłoby mi
mniej zależeć na tym miejscu. To kiepskie doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś ze
złym nastawieniem. I nigdy nie zaprzeczam plotkom, jedynie zmieniam je tak, aby
były dezorientujące. Kiedy dzieciaki podchodzą do mnie i pytają, czy moje
piersi są prawdziwe, mówię im, że jestem adoptowana. To dekoncentruje pociąg
plotek – ci faceci są łatwo skonsternowani i stuprocentowo głupi.
Docieram na
angielski o kilka minut za wcześnie, więc wyciągam książkę z chemii. Nie
pamiętam, ale jestem pewna, że jest dzisiaj test.
Otwieram na
dziewiątym rozdziale, kiedy Matt zatrzymuje się przy mojej ławce.
- Hej, V –
wita mnie ze ostrożnym uśmiechem. Jakby mnie nie zdradził, a potem unikał, jak
zaczęła się szkoła.
Mój żołądek
robi mały, zabawny podskok, ale już nie czuję silnej chęci do spłukania jego
głowy w toalecie.
Jednak nadal
nie jest moją ulubioną osobą.
- Cześć,
Matt – mamroczę, z zażenowaniem poprawiając bluzkę.
Wydaje się
czuć ulgę z mojej grzecznej odpowiedzi.
– Zaczęłaś już swoją pracę?
- Zaczęłam?
Jest skończona. Czy termin nie jest na jutro?
Twarz Matta
komicznie opada. – O cholera, naprawdę? Nawet jej nie zacząłem!
- Do bani –
mówię, wzruszając ramionami.
- Tak. –
Matt jest ponury przez moment, po
czym rozpromienia się. – Słyszałem, że Tannera nie będzie przez resztę
miesiąca, a Jensen będzie zastępował. Może da mi trochę więcej czasu.
- Albo –
odpowiadam, zamykając podręcznik chemii. – Możesz to dzisiaj pisnąć.
Dobra, to
brzmi zabawnie. Zdaję sobie z tego sprawę, w chwili gdy słowa wychodzą z moich
ust. Patrząc na to, jak uśmiecha się teraz Matt, prawdopodobnie wtrąciłam tam
gdzieś słowo „penis”.
- Więc
słyszałem, że chodzisz z jakimś facetem z college’u – mówi, zmieniając temat.
Siedzi na mojej ławce, tak jak robił to, gdy byliśmy razem. Tak bardzo chcę go
zepchnąć.
- Zane nie
jest w college’u, pracuje dla Cronusa – mówię trochę snobistycznie. – Jest inżynierem
oprogramowania.
Nie mogę się
powstrzymać. Najlepszą zemstą na twojego zdradliwego byłego jest zastąpienie go
kimś sto razy seksowniejszym i bardziej sukcesywnym. A jeśli jest to małostkowe uczucie… cóż, jestem małostkową dziewczyną.
- Wow,
posuwasz się wyżej w świecie, co, V? – Matt klepie mnie pogodnie po ramieniu. – Ale w sumie zawsze
byłaś zbyt dobra dla nas, licealnych kretynów. Wiedziałem, że jakiś facet cię
skradnie.
Podnoszę na
niego wzrok. – Naprawdę? To dlatego mnie rzuciłeś?
Patrzy na swoje
ręce niezręcznie. – Tak jakby. Chodzenie z tobą było całkiem stresujące. Za
każdym razem, jak wychodziliśmy, chciałem skopać tyłek facetowi, który gapił
się na ciebie. Czekałem, aż zorientujesz się, że jesteś poza moją ligą.
Jaki stek
bzdur. Czy zapomniał o tej części, gdzie mnie zdradził? Ugh.
- Okej –
mówię, znowu otwierając książkę. – Dzięki.
Matt siedzi
tam, patrząc marzycielsko na moją pierś. Muszę głośno odchrząknąć. Mówię mu, że
wygląda na to, że Rachel – która patrzy na nas z niepokojem ze swojej ławki –
chce z nim pogadać. Rumieni się i szybko odchodzi.
To było
dziwne. Zaczynam w głowie wymyśloną rozmowę z Zanem o tym doświadczeniu. Oboje
decydujemy, że Matt jest dupkiem.
- Hej,
Violet.
Głęboki głos
wytrąca mnie ze snu na jawie. Patrzę w parę iskrzących się orzechowych oczu.
- Och, uch,
cześć, panie Jensen – jąkam się, zaskoczona byciem wyróżnioną.
Puszcza do
mnie oko, zanim idzie na przód klasy, aby sprawdzić obecność.
Dobra, to
było dziwne. Nawet nie sądziłam, że on zna moje imię. Może też słyszał plotkę o
dzikiej imprezie bractwa. No dobra.
Jeśli to nie
ustanie, chyba zacznę rozpowiadać, że oddaję nerkę dawno zaginionej siostrze.
Reszta
listopada oficjalnie jest do bani. Mam termin czterech różnych projektów w tym
samym czasie. Czemu nauczyciele to robią? Chcą zobaczyć jak zawalamy? Nasz
projekt z angielskiego jest warty połowy naszej oceny i nie potrafimy dogadać
się z Lauren jak uporać z sześcioma książkami, które mamy przeczytać. Ostatnio
jest taka trudna, że ciężko mi poradzić sobie z nią. Musi korepetytować połowę
szkoły, skoro tak często jej nie ma.
W pracy jest
jak w zoo. Mamy nowych trzech mieszkańców z wysokimi potrzebami, włączając w to
przykutą do wózka inwalidzkiego kobietę o imieniu Marge – i choć potrafi być
słodka, używa guzik przywołujący jakby to był brzęczyk w teleturnieju. Jestem w jej pokoju co pięć minut, a to burzy mój
cały harmonogram. Muszę biegać, żeby zrobić wszystko na czas, co pozostawia
mało czas na posiedzenie z Helize.
Żeby to
dobić, Zane jest zajęty jakimś specjalnym projektem – jakimś nowym
oprogramowaniem, które musi być gotowe na początku grudnia. Nie widziałam go od
nocy, kiedy został ze mną. Przegapił wszystkie wydarzenia przed-ślubne, a mama
zaczyna wariować, że przegapi prawdziwy ślub. Już jest kłębkiem nerwów i
zgadnijcie, kto musi tego słuchać?
Ostatnio
byłam trochę zrzędliwa. Dobra, często. Zane nie był na Dziękczynieniu, co było
do kitu. Całej stronie rodziny mamy udało się to pogorszyć – a ponieważ ślub
jest za osiem dni, zostają z nami. Więc teraz dom jest pełen Harringtonsów.
Może to
dobrze, że nie mógł dotrzeć. Choć powiedziałam mu o głównej atrakcji wieczora – prababcia Frances
osaczająca Billa w kuchni z łyżką i (czystą) pieluchą dla dorosłych.
Przerażenie na twarzy Billa było… wspaniałe.
Prababcia
jest trochę szalona.
Ostatnio
dużo się kłóciliśmy – Zane i ja. Przyznaję, większość jest z powodu moich obaw.
Nie mogę powstrzymać się od zastanawiania nad tym, co robi Zane w danej chwili.
Czy sam je kolację, tak jak twierdzi? Czy naprawdę wciąż jest w pracy o
dwudziestej? Czemu nie może znaleźć paru
godzin, żeby przyjechać na próbną kolację?
Moja
wyobraźnia zaczyna szaleć, a Zane denerwuje się. Zwłaszcza kiedy nie mówię od
razu, co mnie gnębi. Chociaż oboje wiemy. Ale chorą rzeczą jest… tak jakby podoba
mi się zaczynanie z nim kłótni. To druzgocąca, ekscytująca… gra wstępna.
Wiem. Jestem
dziwaczna. Boże, nie mogę się doczekać, żeby znowu go zobaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz