11.3.14

Rozdział 22

Ledwo co udaje mi się zdążyć do szkoły. Mam czas tylko na umycie zębów i założenie ubrań, potem biegnę do drzwi. Lauren dzwoni, żeby mi powiedzieć, że ma grypę i cały dzień będzie w łóżku, więc dopiero w szkole dowiaduję się, że mam źle ubraną koszulkę. Ludzie ciągle pytają mnie czy jestem skacowana, a ja potakuję, tylko po to, aby sobie poszli. Dość szybko po szkole latają plotki o mnie będącej głupio pijaną na imprezie studenckiego bractwa. Nie obchodzi mnie to. Wcześniej wiele rzeczy było o mnie powiedzianych. Jestem dziwką, mam implanty, próbowałam dostać się do Playboy’a, jestem adoptowana… bla, bla, bla…
Jak się o tym pomyśli, prawdopodobnie dlatego nie mam ducha szkolnego i nie mogłoby mi mniej zależeć na tym miejscu. To kiepskie doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś ze złym nastawieniem. I nigdy nie zaprzeczam plotkom, jedynie zmieniam je tak, aby były dezorientujące. Kiedy dzieciaki podchodzą do mnie i pytają, czy moje piersi są prawdziwe, mówię im, że jestem adoptowana. To dekoncentruje pociąg plotek – ci faceci są łatwo skonsternowani i stuprocentowo głupi.
Docieram na angielski o kilka minut za wcześnie, więc wyciągam książkę z chemii. Nie pamiętam, ale jestem pewna, że jest dzisiaj test.
Otwieram na dziewiątym rozdziale, kiedy Matt zatrzymuje się przy mojej ławce.
- Hej, V – wita mnie ze ostrożnym uśmiechem. Jakby mnie nie zdradził, a potem unikał, jak zaczęła się szkoła.
Mój żołądek robi mały, zabawny podskok, ale już nie czuję silnej chęci do spłukania jego głowy w toalecie.
Jednak nadal nie jest moją ulubioną osobą.
- Cześć, Matt – mamroczę, z zażenowaniem poprawiając bluzkę.
Wydaje się czuć ulgę z mojej grzecznej odpowiedzi. – Zaczęłaś już swoją pracę?
- Zaczęłam? Jest skończona. Czy termin nie jest na jutro?
Twarz Matta komicznie opada. – O cholera, naprawdę? Nawet jej nie zacząłem!
- Do bani – mówię, wzruszając ramionami.
- Tak. – Matt jest ponury przez moment, po czym rozpromienia się. – Słyszałem, że Tannera nie będzie przez resztę miesiąca, a Jensen będzie zastępował. Może da mi trochę więcej czasu.
- Albo – odpowiadam, zamykając podręcznik chemii. – Możesz to dzisiaj pisnąć.
Dobra, to brzmi zabawnie. Zdaję sobie z tego sprawę, w chwili gdy słowa wychodzą z moich ust. Patrząc na to, jak uśmiecha się teraz Matt, prawdopodobnie wtrąciłam tam gdzieś słowo „penis”.
- Więc słyszałem, że chodzisz z jakimś facetem z college’u – mówi, zmieniając temat. Siedzi na mojej ławce, tak jak robił to, gdy byliśmy razem. Tak bardzo chcę go zepchnąć.
- Zane nie jest w college’u, pracuje dla Cronusa – mówię trochę snobistycznie. – Jest inżynierem oprogramowania.
Nie mogę się powstrzymać. Najlepszą zemstą na twojego zdradliwego byłego jest zastąpienie go kimś sto razy seksowniejszym i bardziej sukcesywnym. A jeśli jest to małostkowe uczucie… cóż, jestem małostkową dziewczyną.
- Wow, posuwasz się wyżej w świecie, co, V? – Matt klepie mnie pogodnie po ramieniu. – Ale w sumie zawsze byłaś zbyt dobra dla nas, licealnych kretynów. Wiedziałem, że jakiś facet cię skradnie.
Podnoszę na niego wzrok. – Naprawdę? To dlatego mnie rzuciłeś?
Patrzy na swoje ręce niezręcznie. – Tak jakby. Chodzenie z tobą było całkiem stresujące. Za każdym razem, jak wychodziliśmy, chciałem skopać tyłek facetowi, który gapił się na ciebie. Czekałem, aż zorientujesz się, że jesteś poza moją ligą.
Jaki stek bzdur. Czy zapomniał o tej części, gdzie mnie zdradził? Ugh.
- Okej – mówię, znowu otwierając książkę. – Dzięki.
Matt siedzi tam, patrząc marzycielsko na moją pierś. Muszę głośno odchrząknąć. Mówię mu, że wygląda na to, że Rachel – która patrzy na nas z niepokojem ze swojej ławki – chce z nim pogadać. Rumieni się i szybko odchodzi.
To było dziwne. Zaczynam w głowie wymyśloną rozmowę z Zanem o tym doświadczeniu. Oboje decydujemy, że Matt jest dupkiem.
- Hej, Violet.
Głęboki głos wytrąca mnie ze snu na jawie. Patrzę w parę iskrzących się orzechowych oczu.
- Och, uch, cześć, panie Jensen – jąkam się, zaskoczona byciem wyróżnioną.
Puszcza do mnie oko, zanim idzie na przód klasy, aby sprawdzić obecność.
Dobra, to było dziwne. Nawet nie sądziłam, że on zna moje imię. Może też słyszał plotkę o dzikiej imprezie bractwa. No dobra.
Jeśli to nie ustanie, chyba zacznę rozpowiadać, że oddaję nerkę dawno zaginionej siostrze.

Reszta listopada oficjalnie jest do bani. Mam termin czterech różnych projektów w tym samym czasie. Czemu nauczyciele to robią? Chcą zobaczyć jak zawalamy? Nasz projekt z angielskiego jest warty połowy naszej oceny i nie potrafimy dogadać się z Lauren jak uporać z sześcioma książkami, które mamy przeczytać. Ostatnio jest taka trudna, że ciężko mi poradzić sobie z nią. Musi korepetytować połowę szkoły, skoro tak często jej nie ma.
W pracy jest jak w zoo. Mamy nowych trzech mieszkańców z wysokimi potrzebami, włączając w to przykutą do wózka inwalidzkiego kobietę o imieniu Marge – i choć potrafi być słodka, używa guzik przywołujący jakby to był brzęczyk w teleturnieju. Jestem w jej pokoju co pięć minut, a to burzy mój cały harmonogram. Muszę biegać, żeby zrobić wszystko na czas, co pozostawia mało czas na posiedzenie z Helize.
Żeby to dobić, Zane jest zajęty jakimś specjalnym projektem – jakimś nowym oprogramowaniem, które musi być gotowe na początku grudnia. Nie widziałam go od nocy, kiedy został ze mną. Przegapił wszystkie wydarzenia przed-ślubne, a mama zaczyna wariować, że przegapi prawdziwy ślub. Już jest kłębkiem nerwów i zgadnijcie, kto musi tego słuchać?
Ostatnio byłam trochę zrzędliwa. Dobra, często. Zane nie był na Dziękczynieniu, co było do kitu. Całej stronie rodziny mamy udało się to pogorszyć – a ponieważ ślub jest za osiem dni, zostają z nami. Więc teraz dom jest pełen Harringtonsów.
Może to dobrze, że nie mógł dotrzeć. Choć powiedziałam mu o głównej atrakcji wieczora – prababcia Frances osaczająca Billa w kuchni z łyżką i (czystą) pieluchą dla dorosłych. Przerażenie na twarzy Billa było… wspaniałe.
Prababcia jest trochę szalona.
Ostatnio dużo się kłóciliśmy – Zane i ja. Przyznaję, większość jest z powodu moich obaw. Nie mogę powstrzymać się od zastanawiania nad tym, co robi Zane w danej chwili. Czy sam je kolację, tak jak twierdzi? Czy naprawdę wciąż jest w pracy o dwudziestej? Czemu nie może znaleźć paru godzin, żeby przyjechać na próbną kolację?
Moja wyobraźnia zaczyna szaleć, a Zane denerwuje się. Zwłaszcza kiedy nie mówię od razu, co mnie gnębi. Chociaż oboje wiemy. Ale chorą rzeczą jest… tak jakby podoba mi się zaczynanie z nim kłótni. To druzgocąca, ekscytująca… gra wstępna.

Wiem. Jestem dziwaczna. Boże, nie mogę się doczekać, żeby znowu go zobaczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz