- Więc
podsumowując, Zane daje ci róże i cholerną diamentową
bransoletkę… a ty oskarżasz go o zdradę. Potem rzucasz mu bransoletkę w
twarz?!
- Um. Nie.
Nie potrafiłam zdjąć bransoletki. Było ciemno, a ja nie mogłam… rozgryźć… tego
czegoś.
Lauren
wzdycha. – Violet?
- Tak?
- Mogłabyś
tu podejść, żebym mogła cię czymś walnąć?
- Okej –
mówię cichutko. – Walnij mnie mocno, dobra? Zasługuję na to.
Jesteśmy
teraz w kuchni Lauren. Lauren robi chleb z cukini, podczas gdy ja karmię
Briannę czymś przecierowym i zielonym – może groszkiem. Brianna jest
przeziębiona i ciągle kicha na mnie zieloną papką. Zgaduję, że jest to w pewien
sposób jedzeniowa kara za moją głupotę.
Minęły dwa
dni. Nie rozmawiałam z Zanem, a on do mnie nie dzwonił ani pisał. Nie wiem
dlaczego sądziłam, że będzie uganiał się za mną. Nie jest takim typem.
Lauren
odmierza szklankę cukru i wsypuje ją do dużej miski. – Dlaczego nie zadzwonisz
do niego i nie przeprosisz?
To podnosi
mi ciśnienie od nowa. – Bo nie! Marissa flirtowała z nim, a on zapewne ją
zachęcał!
- Widziałaś,
żeby on też flirtował? – pyta praktycznie. – Dotknął jej?
- Nie, ale
uśmiechał się do niej i rozmawiał z nią!
Lauren tylko
na mnie patrzy. Uderzam się w twarz. Mała Brianna śmieje się serdecznie, plując
groszkiem w moje włosy. Robię obrzydzoną minę, a ona śmieje się mocniej. Dzieci
są takie łatwe.
- Nie
rozumiesz – mówię do Lauren, wycierając mokrą ścierką groszek z włosów. –
Dziewczyny zawsze go podrywają – to
irytujące!
- On nic nie
może na to poradzić – zauważa Lauren. Oddycha głośno ze swoich wysiłków
zmieszania wszystkiego razem. – Faceci ciągle gapią się na ciebie i cię
podrywają. Przyjmujesz którąś ich ofertę?
Wzdycham
głośno. – Nie, ale to nie to samo! Jestem dla nich wszystkich niegrzeczna. W
dodatku faceci nigdy mnie nie podrywają, gdy jestem z Zanem! Czuję się jak
smutna żoneczka sławy. Nasza równowaga sił jest bardzo nierówna. Nie lubię być
w związku tą niepewną. I tak, wiem, że prawdopodobnie tutaj się mylę, ale
jednak… wkurza mnie to!
- Ugh,
możesz sprawdzić stojak z przyprawami czy mamy cynamon? – Lauren odsuwa kosmyk
rzadkich blond włosów przedramieniem. – Zgaduję, że dochodzi do kwestii czy mu
ufasz?
Biorę to pod
uwagę. Czy ufam Zane’owi? Powiedziałam mu wiele o sobie, rzeczy, którymi
dzieliłam się tylko z Lauren. Również wiem, że gdybym go potrzebowała, to by
przy mnie był. Lecz… czy ufałam mu, że nie złamie mojego serca?
Po prostu
nie wiem.
Sprawdzam
stojak z przyprawami, szukając cynamonu, ale nie znajduję go. – Nic – mówię
Lauren.
Wygląda na
zdezorientowaną. – Mówisz o zaufaniu czy cynamonie?
- Tak –
mówię. Podchodzę do Małej Brianny i ją podnoszę. – Chodź, malutka. Wymyjemy
cię. – Uśmiecha się do mnie bezzębnie, a ja przytulam ją do siebie, jej twarz
pokrytą groszkiem i w ogóle.
- Zadzwonisz
do niego? – Chce wiedzieć Lauren.
- Nie –
odpowiadam. – Ale prawdopodobnie zobaczę go jutro, jeśli przyjdzie na kolację,
którą organizuje mama.
- Co mu
powiesz?
Spuszczam
wzrok na moją pięknie błyszczącą bransoletkę. Brianna obecnie używa jej jako
gryzaka. – Nie wiem – wzdycham. – Po prostu nie wiem.
Więc mama
zaprosiła Jane i kilka innych przyjaciół na dzisiejszą kolację. Słyszałam jak
przez telefon zapraszała Zane’a, ale przyłapała mnie na podsłuchiwaniu, zanim
usłyszałam jego odpowiedź.
Nie sądzę,
że będzie jechał tutaj taką drogę na jakąś głupią kolację. Czemu miałby to
zrobić? Nie cierpi mnie, więc… proszę bardzo. Nie przyjdzie.
Jednak
spędzam trochę więcej czasu na mój strój tego wieczora. Mam na sobie różową
bluzkę i te obcisłe czarne spodnie, które sprawiają, że moje nogi wyglądają na
niewiarygodnie długie. Chciałabym móc założyć bransoletkę, ale nie mogę przed
mamą. Mogę wyobrazić sobie rozmowę, która by się odbyła.
Właśnie
układam włosy do kucyka, kiedy wsadza głowę do mojego pokoju, dając znać, że
przybywają goście.
Dobra. Mogę
to zrobić. Jeżeli Zane dzisiaj przyjdzie, będę spokojna i zaoferuję mu
przeprosiny dorosłej osoby – nic zbyt egzaltowanego. Potem będzie jego ruch.
Spokojna.
Okej.
Schodzę na
dół, aby powitać gości. Przytulam Jane, a ona wierci się nerwowo. Wciąż czuje
poczucie winy za to całe oszukiwanie mamy i martwię się, że jednego dnia
wypapla prawdę. Myślę o przejechaniu palcem po gardle w cichym ostrzeżeniu, ale
wydaje się to przesadą. Uśmiecham się uprzejmie do innych gości, tak naprawdę
nie przyglądając im się.
- Chciałabym,
żeby dziś był tutaj Bill – mówi mama do przyjaciół. – Ale poznacie jego syna,
Zane’a. Powinien być tutaj w każdej chwili.
Jak na
zawołanie rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Mama prosi, żebym otworzyła, a ja
patrzę na nią z nieobecnym wyrazem twarzy. Musi to powtórzyć, zanim w końcu się
ruszam.
No to
ruszamy. Przyklejam do twarzy neutralny uśmiech, otwierając drzwi.
Zane stoi po
drugiej stronie.
I nie jest
sam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz