11.3.14

Rozdział 19

- Więc podsumowując, Zane daje ci róże i cholerną diamentową bransoletkę… a ty oskarżasz go o zdradę. Potem rzucasz mu bransoletkę w twarz?!
- Um. Nie. Nie potrafiłam zdjąć bransoletki. Było ciemno, a ja nie mogłam… rozgryźć… tego czegoś.
Lauren wzdycha. – Violet?
- Tak?
- Mogłabyś tu podejść, żebym mogła cię czymś walnąć?
- Okej – mówię cichutko. – Walnij mnie mocno, dobra? Zasługuję na to.
Jesteśmy teraz w kuchni Lauren. Lauren robi chleb z cukini, podczas gdy ja karmię Briannę czymś przecierowym i zielonym – może groszkiem. Brianna jest przeziębiona i ciągle kicha na mnie zieloną papką. Zgaduję, że jest to w pewien sposób jedzeniowa kara za moją głupotę.
Minęły dwa dni. Nie rozmawiałam z Zanem, a on do mnie nie dzwonił ani pisał. Nie wiem dlaczego sądziłam, że będzie uganiał się za mną. Nie jest takim typem.
Lauren odmierza szklankę cukru i wsypuje ją do dużej miski. – Dlaczego nie zadzwonisz do niego i nie przeprosisz?
To podnosi mi ciśnienie od nowa. – Bo nie! Marissa flirtowała z nim, a on zapewne ją zachęcał!
- Widziałaś, żeby on też flirtował? – pyta praktycznie. – Dotknął jej?
- Nie, ale uśmiechał się do niej i rozmawiał z nią!
Lauren tylko na mnie patrzy. Uderzam się w twarz. Mała Brianna śmieje się serdecznie, plując groszkiem w moje włosy. Robię obrzydzoną minę, a ona śmieje się mocniej. Dzieci są takie łatwe.
- Nie rozumiesz – mówię do Lauren, wycierając mokrą ścierką groszek z włosów. – Dziewczyny zawsze go podrywają – to irytujące!
- On nic nie może na to poradzić – zauważa Lauren. Oddycha głośno ze swoich wysiłków zmieszania wszystkiego razem. – Faceci ciągle gapią się na ciebie i cię podrywają. Przyjmujesz którąś ich ofertę?
Wzdycham głośno. – Nie, ale to nie to samo! Jestem dla nich wszystkich niegrzeczna. W dodatku faceci nigdy mnie nie podrywają, gdy jestem z Zanem! Czuję się jak smutna żoneczka sławy. Nasza równowaga sił jest bardzo nierówna. Nie lubię być w związku tą niepewną. I tak, wiem, że prawdopodobnie tutaj się mylę, ale jednak… wkurza mnie to!
- Ugh, możesz sprawdzić stojak z przyprawami czy mamy cynamon? – Lauren odsuwa kosmyk rzadkich blond włosów przedramieniem. – Zgaduję, że dochodzi do kwestii czy mu ufasz?
Biorę to pod uwagę. Czy ufam Zane’owi? Powiedziałam mu wiele o sobie, rzeczy, którymi dzieliłam się tylko z Lauren. Również wiem, że gdybym go potrzebowała, to by przy mnie był. Lecz… czy ufałam mu, że nie złamie mojego serca?
Po prostu nie wiem.
Sprawdzam stojak z przyprawami, szukając cynamonu, ale nie znajduję go. – Nic – mówię Lauren.
Wygląda na zdezorientowaną. – Mówisz o zaufaniu czy cynamonie?
- Tak – mówię. Podchodzę do Małej Brianny i ją podnoszę. – Chodź, malutka. Wymyjemy cię. – Uśmiecha się do mnie bezzębnie, a ja przytulam ją do siebie, jej twarz pokrytą groszkiem i w ogóle.
- Zadzwonisz do niego? – Chce wiedzieć Lauren.
- Nie – odpowiadam. – Ale prawdopodobnie zobaczę go jutro, jeśli przyjdzie na kolację, którą organizuje mama.
- Co mu powiesz?
Spuszczam wzrok na moją pięknie błyszczącą bransoletkę. Brianna obecnie używa jej jako gryzaka. – Nie wiem – wzdycham. – Po prostu nie wiem.

Więc mama zaprosiła Jane i kilka innych przyjaciół na dzisiejszą kolację. Słyszałam jak przez telefon zapraszała Zane’a, ale przyłapała mnie na podsłuchiwaniu, zanim usłyszałam jego odpowiedź.
Nie sądzę, że będzie jechał tutaj taką drogę na jakąś głupią kolację. Czemu miałby to zrobić? Nie cierpi mnie, więc… proszę bardzo. Nie przyjdzie.
Jednak spędzam trochę więcej czasu na mój strój tego wieczora. Mam na sobie różową bluzkę i te obcisłe czarne spodnie, które sprawiają, że moje nogi wyglądają na niewiarygodnie długie. Chciałabym móc założyć bransoletkę, ale nie mogę przed mamą. Mogę wyobrazić sobie rozmowę, która by się odbyła.
Właśnie układam włosy do kucyka, kiedy wsadza głowę do mojego pokoju, dając znać, że przybywają goście.
Dobra. Mogę to zrobić. Jeżeli Zane dzisiaj przyjdzie, będę spokojna i zaoferuję mu przeprosiny dorosłej osoby – nic zbyt egzaltowanego. Potem będzie jego ruch.
Spokojna. Okej.
Schodzę na dół, aby powitać gości. Przytulam Jane, a ona wierci się nerwowo. Wciąż czuje poczucie winy za to całe oszukiwanie mamy i martwię się, że jednego dnia wypapla prawdę. Myślę o przejechaniu palcem po gardle w cichym ostrzeżeniu, ale wydaje się to przesadą. Uśmiecham się uprzejmie do innych gości, tak naprawdę nie przyglądając im się.
- Chciałabym, żeby dziś był tutaj Bill – mówi mama do przyjaciół. – Ale poznacie jego syna, Zane’a. Powinien być tutaj w każdej chwili.
Jak na zawołanie rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Mama prosi, żebym otworzyła, a ja patrzę na nią z nieobecnym wyrazem twarzy. Musi to powtórzyć, zanim w końcu się ruszam.
No to ruszamy. Przyklejam do twarzy neutralny uśmiech, otwierając drzwi.
Zane stoi po drugiej stronie.

I nie jest sam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz