23.10.13

Rozdział 1

- Nie mogę uwierzyć, że wciąż się rozpakowujesz, Violet – mówi Lauren, potrząsając głową.
Osądza mnie z wyniosłego przycupnięcia na moim biurku. Nie wiem czy zdaje sobie z tego sprawę, ale jestem pewna, że siedzi na Ho Ho, które zostawiłam tam ostatniego wieczora. Jednak są dla niej dobre wiadomości – nie miałam szansy, żeby je rozpakować.
Moja metoda wypakowywania zalicza przenoszenie ubrań z walizek leżących na łóżku do dużego kwadratowego kosza, który wyciągnęłam z łazienki. Większość ciuchów nie była brudna, ale z jakiegoś powodu pachniały jak oregano. Przerażona piorunuję wzrokiem rosnącą kupkę. Chyba wiem, co będę robić przez cały dzień.
Mówię do Lauren: - Dopiero wczoraj wieczorem wróciłyśmy i niektórzy z nas nie są tak nachalni. Ledwie miałam siłę wziąć prysznic. Poza tym mama całą noc gadała mi o swoim nowym narzeczonym.
- Naprawdę poznali się w windzie?
- Wiem, brzmi tak sztucznie. Byli zamknięci przez dwie godziny, kiedy wysiadła energia w budynku jej lekarza.
Lauren unosi blond brew w sposób, jaki chciałabym skopiować. – Hmm. Poznałaś go już?
- Nie, dzisiaj spotykamy się z nim na kolacji. Mówiłam ci, że ma syna? On też tam będzie.
- Będziesz miała przyrodniego brata. – Uśmiecha się, kiedy robię minę. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że twoja mama zaręczyła się z kimś, kogo poznała w ciągu dwóch miesięcy, gdy my byłyśmy na Hawajach. Nie wydaje się to do niej podobne.
- Wiem – zgadzam się, opadając na łóżko. – Ale mówi, że zakochała się w nim w tej windzie. Sama nie wiem. Jest szczęśliwa, tylko to mnie obchodzi. Jeśli tylko będzie ją dobrze traktował, będę się dobrze zachowywać.
Lauren zaimponowało moje kompromisowe nastawienie. Albo to, albo była wstrząśnięta. – Naprawdę wprowadzacie się do niego?
- Tak – mówię. – Dziwne, ale to tylko na rok, potem wyjeżdżam na studia. – Urywam, przewracając się na brzuch, aby na nią spojrzeć. – Przeprowadził się tutaj z L.A. Dopiero co kupił dom w Emerald Point.
Rozszerzyła oczy. – Jest aż tak bogaty? Wow.
Emerald Point jest naprawdę kosztowną częścią Hidden Cove. Tylko raz byłam w tamtej części miasta, nocując w posiadłości Summer Rosen. Jej ojciec posiada dwa hotele w Vegas. Taa, mają salę kinową. I domowy kort tenisowy. Tylko dając wam pojęcie.
Lauren i ja jesteśmy dziewczynami z o wiele niższej klasy. Mieszkamy w tym samym bloku, co jest pomyślne dla Lauren, ponieważ każdego poranka wiozę jej tyłek do szkoły. Nie jesteśmy gettem, ale mamy duże szanse być służącymi, niż je mieć.
- Myślisz, że snoby, które tam mieszkają będą w stanie powiedzieć, że nie pasuję do tej dzielnicy? – pytam półżartem.
Lauren wzrusza ramionami. – Może pomyślą, że jesteś młodą żoną starego zboczeńca. Nawet masz taki wygląd.
- Naprawdę? – pytam, pokazując jej nie jeden, a dwa środkowe palce.
Śmieję się tylko. – Czy Matt w ogóle wie, że się przeprowadzasz?
- Nie. – Siadam i grzebię w jednej z moich walizek, aż znajduję mały pakunek, którego szukałam. – Niewiele rozmawialiśmy przez całe wakacje. Spotykam się z nim w Taco Bell za parę godzin, więc chyba wtedy mu powiem. Sądzisz, że spodoba mu się naszyjnik z zębów rekina, który mu przywiozłam?
- Mogę sobie wyobrazić, jak go nosi. Zapewne powie wszystkim, że sam złapał rekina. – Lauren porusza się niewygodnie na biurku. – Na czym siedzę?
- Ooo, masz rację. I powie to sztucznym akcentem, który przysięga, że jest australijski. – Celuję w nią palcem, ignorując pytanie.
Wyciąga zgniecione Ho Ho spod tyłka i patrzy na nie. – Lepiej już pójdę. Muszę wybrać parę rzeczy na kolację. Robię zupę z batatów.
Lauren lubi wypróbowywać nowe przepisy. Nie zawsze jest to dobrą rzeczą. – Bliźniaczki tego nie zjedzą – przewiduję. Jej młodsze siostry były wybredne, ale czego można się spodziewać po nastolatkach?
- Pewnie nie. – Lauren wzrusza obojętnie ramionami. Z gracją zeskakuje z mojego biurka. – Daj mi znać, jak poszedł dzisiejszy wieczór.
- Jasne – mówię. – Albo możesz iść ze mną.
- Nie, nawet gdybyś mi zapłaciła – mówi przez ramię, praktycznie biegnąc do drzwi. – Napisz do mnie!
A niech to. Powinnam podstępem skłonić ją do zgodzenia się. Lauren nie cierpi sytuacji towarzyskich bardziej ode mnie, ale gdyby przypadkiem zgodziła się iść, to by to przetrwała. Wiem o czym mówię, już raz jej to zrobiłam.
Lauren i ja poznałyśmy się w przedszkolu. Siedziałyśmy obok siebie na większości lekcji, ale pod koniec tygodnia nauczyciele nas rozsadzili, bo zbyt dużo gadałyśmy. Połączyłyśmy się dzięki wspólnej niechęci do publicznego mówienia. Obie jesteśmy ciche i nieśmiałe, dzielimy miłość do czytania oraz pisania. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, wiedziałam, że będziemy najlepszymi przyjaciółkami. Ujęła mnie swoją kolekcją pirackich naklejek. Od tamtej pory byłyśmy nierozłączne.
W szóstej klasie przekonałam się, że Lauren cierpi na zespół Aspergera. Zmusiła mnie, żebym o tym przeczytała, a ku mojemu rozczarowaniu miała tylko dwie lub trzy cechy i nie były dość poważne, żeby się kwalifikować. Nie, że chciałam, aby było z nią coś nie tak, ale dziewczyna jest jeszcze bardziej towarzysko zaburzona ode mnie. To dziwne, ale jest to jedna z rzeczy, którą lubię w niej najbardziej. Lauren nic nie obchodzi, co kto o niej myśli i zazwyczaj mówi, to co przyjdzie jej na myśl. I nigdy nie kłamie. Nawet kiedy czasami wolisz, żeby to zrobiła.
Spróbowałam spojrzeć na Lauren obiektywnie i stwierdziłam, że jest bardziej urocza niż ładna ze swoją maleńką budową, wielkimi brązowymi oczami i rzadkimi blond włosami. Trochę przypominała mi kędzierzawego kotka, najsłabszego w miocie. Takiego, który zawsze był odwrócony do wszystkich plecami, ogon opiekuńczo owijając wokół swojego ciałka.
W odwecie Lauren cały czas mi mówi, że wyglądam jak pornograficzna fantazja każdego faceta. Ponieważ usłyszałam tę wersję od kilku ludzi, od kiedy straciłam całą wagę, cholernie mnie to drażni.
Kiedyś byłam gruba. Naprawdę gruba. Jadłam z emocji. Myliłam ciastka z miłością. Pospolity błąd. Winiłam za to tatę. Kiedy zostawił moją mamę dla jakiejś kobiety, którą znalazł w internecie, przestałam się obżerać. Nie zamierzam mówić, że moje obżarstwo było całkowicie jego winą. Ale było.
Moja biedna mama. Nigdy tak naprawdę nie podniosła się po tym, co zrobił jej ten frajer (aż do teraz). Kilka lat po tym jak odszedł, wykryto u niej raka piersi. Co za okropna choroba. Niszczyła życia osób, które ją miały, jak również wszystkich, którym zależało na niej. Mama musiała rzucić pracę doradcy szkolnego. W ciągu dwóch miesięcy straciła 13 kilogramów, a gdy zaczęła chemię, straciła większość włosów – razem z rzęsami i brwiami! Pamiętam, że tak bardzo się tego wstydziła. Moja śliczna, pełna życia matka… stała się tą skurczoną, wypełnioną bólem wysuszoną rzeczą, której nie rozpoznałam. Cieniem mieszkającym na kanapie przez prawie rok i potrzebującym pomocy przy podstawowych zadaniach.
Brzmi to dziwnie, ale najstraszniejszą dla mnie rzeczą było to, że nie mówiła mi o niczym. Nie przyznawała się do bólu ani nie mówiła jak złe były jej rokowania. Czy rak się rozprzestrzeniał? Co lekarze myśleli o jej szansach? Nie mówiła, upierając się, że nic jej nie jest i że czuje się silniejsza – kiedy wyraźnie tak nie było. A ja byłam zbyt wielkim tchórzem, żeby podejść i zapytać „Czy ty umrzesz?”. Chciałam jej wierzyć, chciałam z nią udawać, ale każdej nocy traciłam sen, żeby sprawdzić co u niej i upewnić się, że wciąż oddychała. Moim tajemnym strachem było to, że obudzę się pewnego ranka i dotknę jej zimnego martwego ciała. Żadnego ostrzeżenia, żadnego pożegnania.
Trudno jest myśleć o tamtych dniach. Próbuję je zapomnieć i jest prawie łatwo, kiedy patrzę teraz na matkę. Pogodną i ładną z głową pełną jasnych włosów i uśmiechem pełnym miłości oraz tęczy. Staram się nie pamiętać jak była zniszczona przez chorobę parę lat temu i staram się nie myśleć, że to może wrócić w każdej chwili.
Wow, naprawdę nie chcę o tym rozmawiać. Teraz ma się ona tak bardzo lepiej. Mama nie mogła wrócić do swojej pracy w szkole, ale ma teraz lepsze zajęcie, utrzymując stronę internetową „Lecznicze Balsamy” jej najlepszej przyjaciółki Jane – co może robić w domu. Więc tak, moja mama jest cały czas w domu i tak, uważam to za dobrą rzecz.
Dlatego nie jestem zła, że mama znalazła sobie narzeczonego, kiedy wyjechałam na wakacje. Do diabła, cieszę się, że on najwyraźniej jest bogaty. Jeżeli ktokolwiek zasługuje na bycie obdarowywanym drogimi prezentami, to moja mama. Nawet będę go nazywać tatusiem, jeśli ją to uszczęśliwi.
Nie, nie będę. To po prostu dziwne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz