- Nie mogę uwierzyć,
że wciąż się rozpakowujesz, Violet – mówi Lauren, potrząsając głową.
Osądza mnie
z wyniosłego przycupnięcia na moim biurku. Nie wiem czy zdaje sobie z tego
sprawę, ale jestem pewna, że siedzi na Ho Ho, które
zostawiłam tam ostatniego wieczora. Jednak są dla niej dobre wiadomości – nie
miałam szansy, żeby je rozpakować.
Moja metoda
wypakowywania zalicza przenoszenie ubrań z walizek leżących na łóżku do dużego
kwadratowego kosza, który wyciągnęłam z łazienki. Większość ciuchów nie była
brudna, ale z jakiegoś powodu pachniały jak oregano. Przerażona piorunuję
wzrokiem rosnącą kupkę. Chyba wiem, co będę robić przez cały dzień.
Mówię do
Lauren: - Dopiero wczoraj wieczorem wróciłyśmy i niektórzy z nas nie są tak
nachalni. Ledwie miałam siłę wziąć prysznic. Poza tym mama całą noc gadała mi o
swoim nowym narzeczonym.
- Naprawdę
poznali się w windzie?
- Wiem,
brzmi tak sztucznie. Byli zamknięci przez dwie godziny, kiedy wysiadła energia
w budynku jej lekarza.
Lauren unosi
blond brew w sposób, jaki chciałabym skopiować. – Hmm. Poznałaś go już?
- Nie,
dzisiaj spotykamy się z nim na kolacji. Mówiłam ci, że ma syna? On też tam
będzie.
- Będziesz
miała przyrodniego brata. – Uśmiecha się, kiedy robię minę. – Wciąż nie mogę
uwierzyć, że twoja mama zaręczyła się z kimś, kogo poznała w ciągu dwóch
miesięcy, gdy my byłyśmy na Hawajach. Nie wydaje się to do niej podobne.
- Wiem –
zgadzam się, opadając na łóżko. – Ale mówi, że zakochała się w nim w tej
windzie. Sama nie wiem. Jest szczęśliwa, tylko to mnie obchodzi. Jeśli tylko
będzie ją dobrze traktował, będę się dobrze zachowywać.
Lauren
zaimponowało moje kompromisowe nastawienie. Albo to, albo była wstrząśnięta. –
Naprawdę wprowadzacie się do niego?
- Tak –
mówię. – Dziwne, ale to tylko na rok, potem wyjeżdżam na studia. – Urywam,
przewracając się na brzuch, aby na nią spojrzeć. – Przeprowadził się tutaj z
L.A. Dopiero co kupił dom w Emerald Point.
Rozszerzyła
oczy. – Jest aż tak bogaty? Wow.
Emerald
Point jest naprawdę kosztowną częścią Hidden Cove. Tylko raz byłam w tamtej
części miasta, nocując w posiadłości Summer Rosen. Jej ojciec posiada dwa
hotele w Vegas. Taa, mają salę kinową. I domowy kort tenisowy. Tylko dając wam
pojęcie.
Lauren i ja
jesteśmy dziewczynami z o wiele niższej klasy. Mieszkamy w tym samym bloku, co
jest pomyślne dla Lauren, ponieważ każdego poranka wiozę jej tyłek do szkoły.
Nie jesteśmy gettem, ale mamy duże szanse być
służącymi, niż je mieć.
- Myślisz,
że snoby, które tam mieszkają będą w stanie powiedzieć, że nie pasuję do tej
dzielnicy? – pytam półżartem.
Lauren
wzrusza ramionami. – Może pomyślą, że jesteś młodą żoną starego zboczeńca.
Nawet masz taki wygląd.
- Naprawdę?
– pytam, pokazując jej nie jeden, a dwa środkowe palce.
Śmieję się
tylko. – Czy Matt w ogóle wie, że się przeprowadzasz?
- Nie. –
Siadam i grzebię w jednej z moich walizek, aż znajduję mały pakunek, którego
szukałam. – Niewiele rozmawialiśmy przez całe wakacje. Spotykam się z nim w
Taco Bell za parę godzin, więc chyba wtedy mu powiem. Sądzisz, że spodoba mu
się naszyjnik z zębów rekina, który mu przywiozłam?
- Mogę sobie
wyobrazić, jak go nosi. Zapewne powie wszystkim, że sam złapał rekina. – Lauren
porusza się niewygodnie na biurku. – Na czym siedzę?
- Ooo, masz
rację. I powie to sztucznym akcentem, który przysięga, że jest australijski. –
Celuję w nią palcem, ignorując pytanie.
Wyciąga
zgniecione Ho Ho spod tyłka i patrzy na nie. – Lepiej już pójdę. Muszę wybrać
parę rzeczy na kolację. Robię zupę z batatów.
Lauren lubi
wypróbowywać nowe przepisy. Nie zawsze jest to dobrą rzeczą. – Bliźniaczki tego
nie zjedzą – przewiduję. Jej młodsze siostry były wybredne, ale czego można się
spodziewać po nastolatkach?
- Pewnie
nie. – Lauren wzrusza obojętnie ramionami. Z gracją zeskakuje z mojego biurka.
– Daj mi znać, jak poszedł dzisiejszy wieczór.
- Jasne –
mówię. – Albo możesz iść ze mną.
- Nie, nawet
gdybyś mi zapłaciła – mówi przez ramię, praktycznie biegnąc do drzwi. – Napisz
do mnie!
A niech to.
Powinnam podstępem skłonić ją do zgodzenia się. Lauren nie cierpi sytuacji
towarzyskich bardziej ode mnie, ale gdyby przypadkiem zgodziła się iść, to by
to przetrwała. Wiem o czym mówię, już raz jej to zrobiłam.
Lauren i ja
poznałyśmy się w przedszkolu. Siedziałyśmy obok siebie na większości lekcji,
ale pod koniec tygodnia nauczyciele nas rozsadzili, bo zbyt dużo gadałyśmy.
Połączyłyśmy się dzięki wspólnej niechęci do publicznego mówienia. Obie
jesteśmy ciche i nieśmiałe, dzielimy miłość do czytania oraz pisania. Kiedy
zobaczyłam ją po raz pierwszy, wiedziałam, że będziemy najlepszymi
przyjaciółkami. Ujęła mnie swoją kolekcją pirackich naklejek. Od tamtej pory
byłyśmy nierozłączne.
W szóstej
klasie przekonałam się, że Lauren cierpi na zespół Aspergera. Zmusiła mnie,
żebym o tym przeczytała, a ku mojemu rozczarowaniu miała tylko dwie lub trzy
cechy i nie były dość poważne, żeby się kwalifikować. Nie, że chciałam, aby
było z nią coś nie tak, ale dziewczyna jest jeszcze bardziej towarzysko
zaburzona ode mnie. To dziwne, ale jest to jedna z rzeczy, którą lubię w niej
najbardziej. Lauren nic nie obchodzi, co kto o niej myśli i zazwyczaj mówi, to
co przyjdzie jej na myśl. I nigdy nie kłamie. Nawet kiedy czasami wolisz, żeby
to zrobiła.
Spróbowałam
spojrzeć na Lauren obiektywnie i stwierdziłam, że jest bardziej urocza niż
ładna ze swoją maleńką budową, wielkimi brązowymi oczami i rzadkimi blond
włosami. Trochę przypominała mi kędzierzawego kotka, najsłabszego w miocie.
Takiego, który zawsze był odwrócony do wszystkich plecami, ogon opiekuńczo
owijając wokół swojego ciałka.
W odwecie
Lauren cały czas mi mówi, że wyglądam jak pornograficzna fantazja każdego
faceta. Ponieważ usłyszałam tę wersję od kilku ludzi, od kiedy straciłam całą
wagę, cholernie mnie to drażni.
Kiedyś byłam
gruba. Naprawdę gruba. Jadłam z emocji. Myliłam ciastka z miłością. Pospolity
błąd. Winiłam za to tatę. Kiedy zostawił moją mamę dla jakiejś kobiety, którą
znalazł w internecie, przestałam się obżerać. Nie zamierzam mówić, że moje
obżarstwo było całkowicie jego winą. Ale było.
Moja biedna
mama. Nigdy tak naprawdę nie podniosła się po tym, co zrobił jej ten frajer (aż
do teraz). Kilka lat po tym jak odszedł, wykryto u niej raka piersi. Co za
okropna choroba. Niszczyła życia osób, które ją miały, jak również wszystkich,
którym zależało na niej. Mama musiała rzucić pracę doradcy szkolnego. W ciągu
dwóch miesięcy straciła 13 kilogramów, a gdy zaczęła chemię, straciła większość
włosów – razem z rzęsami i brwiami! Pamiętam, że tak bardzo się tego wstydziła.
Moja śliczna, pełna życia matka… stała się tą skurczoną, wypełnioną bólem
wysuszoną rzeczą, której nie rozpoznałam. Cieniem mieszkającym na kanapie przez
prawie rok i potrzebującym pomocy przy podstawowych zadaniach.
Brzmi to
dziwnie, ale najstraszniejszą dla mnie rzeczą było to, że nie mówiła mi o niczym. Nie przyznawała się do bólu ani
nie mówiła jak złe były jej rokowania. Czy rak się rozprzestrzeniał? Co lekarze
myśleli o jej szansach? Nie mówiła, upierając się, że nic jej nie jest i że
czuje się silniejsza – kiedy wyraźnie tak nie było. A ja byłam zbyt wielkim
tchórzem, żeby podejść i zapytać „Czy ty
umrzesz?”. Chciałam jej wierzyć, chciałam z nią udawać, ale każdej nocy
traciłam sen, żeby sprawdzić co u niej i upewnić się, że wciąż oddychała. Moim
tajemnym strachem było to, że obudzę się pewnego ranka i dotknę jej zimnego
martwego ciała. Żadnego ostrzeżenia, żadnego pożegnania.
Trudno jest
myśleć o tamtych dniach. Próbuję je zapomnieć i jest prawie łatwo, kiedy patrzę
teraz na matkę. Pogodną i ładną z głową pełną jasnych włosów i uśmiechem pełnym
miłości oraz tęczy. Staram się nie pamiętać jak była zniszczona przez chorobę
parę lat temu i staram się nie myśleć, że to może wrócić w każdej chwili.
Wow,
naprawdę nie chcę o tym rozmawiać. Teraz ma się ona tak bardzo lepiej. Mama nie
mogła wrócić do swojej pracy w szkole, ale ma teraz lepsze zajęcie, utrzymując
stronę internetową „Lecznicze Balsamy” jej najlepszej przyjaciółki Jane – co
może robić w domu. Więc tak, moja mama jest cały czas w domu i tak, uważam to
za dobrą rzecz.
Dlatego nie
jestem zła, że mama znalazła sobie narzeczonego, kiedy wyjechałam na wakacje.
Do diabła, cieszę się, że on najwyraźniej jest bogaty. Jeżeli ktokolwiek
zasługuje na bycie obdarowywanym drogimi prezentami, to moja mama. Nawet będę
go nazywać tatusiem, jeśli ją to uszczęśliwi.
Nie, nie
będę. To po prostu dziwne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz